Lutecja. Jurij Wynnyczuk – recenzja

Jeśli miałbym wskazać tę jedną, najdziwniejszą książkę roku 2021, byłaby nią Lutecja (no dobra Jeżeli t=0 Italo Calvino też jest mocnym kandydatem). Napisana przez ukraińskiego pisarza Jurija Wynnyczuka stanowi pomost łączący sensacyjną fabułę, wschodni mistycyzm i romans, rozumiany w bardzo szerokim sensie.

Część czytelników pamięta z pewnością nagrodzoną Angelusem powieść Tango śmierci, wydaną parę lat temu przez KEW. Obie książki stanowią oddzielne historie, dotykające innych tematów i problemów. Łączy je jednak parę szczegółów narracyjnych. Ot chociażby mieszanie przestrzeni, bohaterów i czasów. W Lutecji przeskoki między liniami narracyjnymi są jasno zaznaczone na początku każdego rozdziału, co zdecydowanie ułatwia odbiór. Obok bohatera głównego, poszukującego tytułową Lutecję, która objawiła mu się w snach, mamy między innymi Iwana Wagilewicza – historyczną postać, ukraińskiego księdza, poety, historyka, etnografa, tłumacza i folklorysty żyjącego w pierwszej połowie XVIII wieku. Kustosza biblioteki Ossolineum (i znowuż można mieć skojarzenia z Tangiem śmierci). Wagilewicz, podobnie jak młody bohater czerpiący uciechy z prostego życia, śni o Lutecji. Czarującej, pięknej, zamieszanej w jakieś dziwne machlojki rdzawowłosej młodej damie. Co z tego powstanie?

Lutecja to książka ze wszech miar amorficzna. Budowa samego utworu jest chaotyczna (choć mam wrażenie, że autor doskonale nad tym chaosem panuje). Dużo tu dygresji i anegdot. Strony momentami zalewa wręcz potok obrazów, marzeń i przygód miłosnych, tak bohatera, jak i Wagilewicza. Choć całość spięta jest klamrą, trudno tu odszukać typowy początek i logiczny koniec. Przystępując do lektury tej książki musimy mieć świadomość, że nie wszystko uda nam się tu rozsądnie wyjaśnić, nie każde zdarzenie będzie miało racjonalne uzasadnienie, a postaci mogą przeskakiwać z jednego życiorysu, na drugi.

Zabawą formą, choć wychodzi autorowi rewelacyjnie, nie jest jedynym atutem książki. Zachwyca też inteligentny humor oraz nostalgia widoczna między wierszami. Tekst naszpikowany jest wnikliwymi monologami, celnymi refleksjami, mądrymi zdaniami, które podkreślają tęsknotę za utraconym czasem, za nigdy niespełnionymi marzeniami. Wynnyczuk oddaje hołd dawnym znajomym, odwiedzonym miejscom, książkom, uczuciom, o których dzisiaj pamięta tylko on. Czytanie Lutecji poprawia humor, ale czasami wykrzywia też usta w drugą stronę. Autor ukazuje siebie jako człowieka w podeszłym wieku, świadomego przeżytych lat, czującego smutek, że tak wiele wspaniałych rzeczy jest już dla niego niedostępnych.  Nie mam pewności, czy spisane tu wspomnienia są faktycznymi zapisami życia autora. Podobnie jak nie mogę sprawdzić wiarygodności przytoczonych tu opowieści o romansach, pamiętniku i intymnej korespondencji Wagilewicza. Tak właściwie owo potwierdzenie nie jest mi jednak potrzebne. Nawet jeśli Wynnyczuk oddał się fantazji, zrobił to na tyle dobrze, że dałem się jej nabrać. Uległem nastrojowi i wspomnieniom dzieciństwa, dorastania czy próbom znalezienia panny młodej (rewelacyjny moment!). Zachwyciłem się także pomysłem handlowania snami. To bardzo dobra, oniryczna i surrealistyczna powieść, nieszablonowo skomponowana i dobrze napisana. Warto ją znać.

 

Za materiał do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Warstwy

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH KSIĄŻEK? OBSERWUJ TĘ STRONĘ: