Siódmy życiorys. Ota Filip – recenzja

Ota Filipa możemy kojarzyć z takich tytułów jak Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy (Świat Książki) czy Sąsiedzi i ci inni (Oficyna Wydawnicza ATUT). To zmarły w 2018 roku pisarz, zaliczany do czeskiej literatury emigracyjnej. Fabuła Siódmego życiorysu została oparta na biografii autora i z tego powodu warto się jej bliżej przyjrzeć.

Ota Filip urodził się w Śląskiej Ostrawie w 1930 roku. Jego ojciec, Bohumil Filip, był cukiernikiem i właścicielem kawiarni w Nowym Ratuszu w Ostrawie. Matka była z kolei Polką. Po ukończeniu gimnazjum w Pradze na Žižkovie parał się różnymi aktywnościami. Od 1953 roku zasiadał na stanowisku redaktora w gazecie Mladá Fronta. Był także obecny w Radiu Czechosłowackim w Pilźnie oraz w kilku gazetach powiatowych na Morawach. Początek lat 60. to przede wszystkim nieprzyjemności związane z politycznym zaangażowaniem. Za swoją działalność został skazany na szereg prac społecznych. To w tym czasie zaczął też tworzyć. Jego przyjaciel, niemiecki poeta i dziennikarz – Horst Bienek, zorganizował mu w 1968 roku wydanie „Cesta ke hřbitovu”. Powieść została ciepło przyjęta i szybko doczekała się tłumaczenia na inne języki.

W latach 1969-1971 Ota Filip przebywał we więzieniu w Pilznie (za działalność antyradziecką), a w 1974 roku został zmuszony do opuszczenia Czechosłowacji. Już na emigracji w Niemczech podjął się pracy w kilku dziennikach. Regularnie tworzył nowe dzieła, zarówno w języku niemieckim, jak i czeskim. Dochodziło nawet do sytuacji, że obie wersje różniły się od siebie. Siódmy życiorys wydano w 2000 roku. Był odpowiedzią na zarzuty o współpracę z czechosłowacką bezpieką, które autor usłyszał podczas emisji programu w niemieckiej telewizji.

Akcja powieści została osadzona w latach 1939-1952. Już na samym początku dowiadujemy się, że ojciec autora decyduje się na kolaborację z Niemcami. Prowadzi swojego syna do niemieckiej szkoły, co ten bardzo przeżywa. Relacje obu panów zostają wystawione na próbę jeszcze co najmniej kilkukrotnie, jak chociażby wtedy, gdy młody i zaradny Ota porzuca swój biznes i pędzi za granicę, aby tam pomóc ojcu po jego ucieczce z obozu. Niestety Bohumil nie przybywa, bo chwilę wcześniej został zwolniony za dobrą posługę. Ostatecznie, po kilku latach, ojciec umiera wycieńczony pracą w kopalni Uranu. Pisarzowi pozostał tylko żal, że miał takiego, a nie innego rodzica.

Siódmy życiorys to nie tylko rozliczenie z rodziną (chociaż mocno zarysowano także kontakty z wujkiem). To też, a może przede wszystkim, świadectwo absurdalności tamtych czasów. W pewnym momencie Ota zostaje powołany do wojska. Tam trafia do karnej kompanii., gdzie zostaje uwikłany w ucieczkę (do której zresztą nie dochodzi). Nie mając innego wyjścia, podejmuje współpracę z bezpieką, która wykorzystuje narzędzia doskonale nam znane z polskich realiów (tortury, manipulacje, zastraszanie, groźby) do osiągnięcia zamierzonych celów.

Narracja książki prowadzona jest dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy losy młodego człowieka uwikłanego w absurdalną rzeczywistość, z drugiej analizujemy dokumentację donosicieli i oprawców, do której autor dotarł po prawie 50 latach od tamtych wydarzeń. Dopiero z archiwum dowiedział się, że był kiedyś uważany za kolaboranta i współpracownika służb bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii. Pewnie gdyby nie nieśmieszny żart jego kolegi, nigdy nie musiałby mierzyć się z tyloma przeciwnościami losu. Takie to jednak były czasy, że nawet karykaturalne oskarżenia, były brane na serio przez politycznych karierowiczów.

Siódmy życiorys mówi o dysharmonii między tym, za kogo się uważamy, a tym, kim czyni nas otoczenie i jego kontekstowość. Wspomnienia autora bywają prawdziwie bolesne, ale także magicznie zabawne. Duża liczba nieporozumień, młodzieńczych przygód i typowo czeskiego spojrzenia na świat, sprawia, że przez tę książkę się płynie, jak przez spokojne jezioro. To taka proza, która ujmuje, choć traktuje o tematach poważnych i okrutnych. Naznaczona nostalgią oraz tragizmem w gruncie rzeczy daje wejrzenie w szersze realia komunistycznej rzeczywistości. Jest barwną kroniką przypadków, które mogą być interpretowane na wiele sposobów, w zależności, po której stronie akurat się znajdujemy. Być może książka nie byłaby aż tak dobra, gdyby nie sposób, w jaki Ota Filip pisze. Rzeczowy, ale jednocześnie sielankowy, poważny, ale w wielu miejscach także zabawny, osobisty, ale uciekający od emocjonalnego tonu.

Na koniec jedna mała uwaga edycyjna. To już któraś części serii klasycznej, w której znaleźć można całkiem sporo błędów. A to brakuje słowa, a to w innym miejscu jest ich za dużo. Zdarzają się też literówki. Ja wyłapałem ich siedem, a nie jestem w tym dobry. Mam nadzieję, że mimo wszystko duże wydawnictwo, jakim jest Czarne, postara się w przyszłości o lepszą korektę.

Za materiał do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Czarne

 

 

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ: