Oscary 2020. Oceniamy nominowane filmy

Już dzisiejszej nocy podczas 92. Ceremonii Wręczenia Oscarów w Dolby Theatre w Hollywood przyznane zostaną najważniejsze filmowe statuetki – Oscary. Zanim jednak to nastąpi, prezentujemy opinie Redakcji Mechanicznej Kulturacji na temat wszystkich filmów nominowanych do nagrody w głównej kategorii. Kto jest Waszym faworytem? Dajcie znać w komentarzach.




1917, reż. Sam Mendes

Audiowizualny majstersztyk, fantastyczny popis możliwości dzisiejszego kina, który za sprawą rzadko spotykanej formy wrzuca widzów w sam środek wojennego piekła. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że dzieło Mendesa nie tylko nie wnosi już nic do szeroko pojętego kina wojennego pod względem treści, ale nawet nie próbuje tego robić. Ważniejszy jest tu spektakl – zaplanowany w najdrobniejszym szczególe i szalenie intrygujący, ale wciąż bardziej przekonujący formalnie jako wyjątkowy eksperyment, niż film który za kilka dekad powinien znaleźć się w kanonie kina wojennego.

Historia małżeńska, reż. Noah Baumbach

Historia małżeńska to nie tylko jedna z najciekawszych propozycji Netflixa w minionym roku, ale też jeden z najlepszych filmów, jakie w ogóle ujrzały w tym czasie światło dzienne. To małe-wielkie kino; z humorem, ale subtelnie, mierzące się z niezwykle trudnym tematem, jakim jest rozstanie dwojga ludzi. Wyjątkową ozdobą tej brawurowo opowiedzianej historii są bardzo dobre kreacje Scarlett Johansson i Adama Drivera. Poznajcie tę opowieść, bo naprawdę warto. 

Irlandczyk, reż. Martin Scorsese

Jakby zupełnie niezainteresowany ani oczekiwaniami widzów wychowanych na jego filmach, ani tym bardziej współczesnych odbiorców popkultury, Scorsese stworzył przede wszystkim film rozliczeniowy, w którym ważniejsza od fabuły jest refleksja nad życiem i przemijaniem, ważniejsze od zwrotów akcji jest to, żeby tytani aktorstwa mieli pod dostatkiem ekranowego czasu, a nad dramaturgię przedkładane są rozmowy przy winie. I chociaż Irlandczyk ma wszystko, co powinien, by trzymać w napięciu, bardziej akcentuje emocjonalny wydźwięk.

Jojo Rabbit, reż. Taika Waititi

Mimo poważnej tematyki i świetnego pomysłu na jej lekkie opracowanie, Jojo Rabbit jest filmem nierównym, który ma w zanadrzu momenty i znakomite, i nijakie. Zbyt duży wachlarz konwencji (pojawiają się tu nawet nawiązania do horroru) pozwala odnieść wrażenie, jakby twórcy ostatecznie nie mogli zdecydować się, w jakim kierunku gatunkowym podążyć. W rezultacie trudno też zaangażować się w historię, która w miarę rozwoju staje się coraz bardziej spłycona i sprowadzana do moralizowania.  Wciąż jednak pozostaje kinem wartym poznania.

Joker, reż. Todd Phillips

Joker to film, który jeszcze długo przed premierą, zawiesił poprzeczkę oczekiwań bardzo wysoko. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że przeskoczył ją z dużym naddatkiem. Kino Phillipsa jest mroczne i niejednoznaczne, zachwyca całą paletą możliwych interpretacji. Określenie „arcydzieło” będzie tu jak najbardziej na miejscu. A postać Jokera? Joaquin Phoenix jest absolutnie genialny i kolejny raz udowadnia, że jest obecnie jednym z najlepszych aktorów w Hollywood. Bryluje na ekranie, tworząc przerażającą, do szpiku realistyczną postać. To najlepsza rola w jego dorobku.

Le Mans’66, reż. James Mangold

Le Mans ’66 to wciągająca i pełna widowiskowych scen wyścigów opowieść o dwójce prostych pasjonatów, którzy kochają auta i marzą o osiągnięciu czegoś wielkiego, uwikłanych w korporacyjną machinę. Opowiedziana w tradycyjny sposób oscarbaitowa historia, która ma wszystko co trzeba, by podbić serca widzów – angażującą fabułę, umiejętnie wyważone akcenty, bardzo dobre aktorskie kreacje i perfekcyjnie zrealizowane widowiskowe sceny. I chociaż o takich filmach nie pamięta i nie mówi się latami, to bez wątpienia warto poświęcić mu czas.

Małe Kobietki, reż. Greta Gerwig

Najnowszy obraz Grety Gerwig to film ciekawy i bardzo ładny. Dużą przyjemność z jego oglądania będą mieć widzowie, którzy zachwycają się rekwizytami, kostiumami oraz widokami. Także pod tym względem został on dopracowany do perfekcji. Trzeba przyznać, że pod względem gry aktorskiej Małe kobietki stoją na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie postaci są różnorodne, interesujące i pełne życia. Na szczególne wyróżnienie zasługują zwłaszcza Florence Pugh, która wciela się w Amy.

Parasite, reż. Joon-ho Bong

Nie wiem, czy pod względem treści ten komentarz społeczny ubrany w szytą grubymi nićmi, satyryczną fabułę jest aż tak znaczący dla współczesnego kina, by nagradzać go Złotą Palmą i określać mianem filmu roku, ale wiem, że Parasite to przede wszystkim kawał doskonałej rzemieślniczej roboty. Film w moim odczuciu bardziej rozrywkowy niż artystyczny, ale to rozrywka z bardzo wysokiej półki. Technicznie idealny, trzymający w napięciu, angażujący, przewrotny i prowokujący. To też film, który świadomy swojego widza, potrafi nim skutecznie manipulować, a przede wszystkim – wyrwać ze sfery komfortu, sprawić żeby poczuł się nieswojo. Umiejętność rzadka w dzisiejszym kinie.

Pewnego razu… w Hollywood, reż. Quentin Tarantino

Pewnego razu w… Hollywood to wyborna zabawa w kino. Quentin Tarantino jest już na etapie, w którym nikomu niczego nie musi udowadniać, a skoro tak, może nakręcić blisko trzygodzinny film bez fabuły. Z wielkimi budżetem i gigantycznymi gwiazdami w obsadzie może odtworzyć minioną erę Hollywood, by choć na chwilę odsunąć od siebie tęsknotę za tym, co odeszło i na nowo ożywić dawnego ducha. Nie wszystkim będzie to w smak, bo przecież miejscami wyraźnie film staje w miejscu zmierzając do nikąd, ale to nic – rozsiądźcie się wygodnie i nacieszcie się każdą ekranową minutą przesiąkniętą miłością do kina.