Książkirecenzja książka

Kroniki eksplozji. Yan Lianke – recenzja

Na przełomie lutego i marca 2013 roku z rzeki Huangpu, przepływającej przez środek Szanghaju, wyłowiono kilka tysięcy martwych świń.  O tym wydarzeniu informowały największe media na całym świecie, a zmartwiona społeczność do dziś nie ma pewności, czy zwierzęce zwłoki faktycznie pochodziły z prefektury Jiaxing, w prowincji Zhejiang (jak podawali dziennikarze), gdzie na początku badanego roku padło ponad 20 tysięcy sztuk tuczu z powodu świńskiej grypy. Nie przytaczam tu tych wydarzeń dla ich statystyk, czy w celu doszukiwania się prawdy. Chcę tu podkreślić absurdalny charakter tego incydentu.  Jak zauważa Yan Lianke w posłowiu do swojej powieści: „Władza i pieniądze opętały dusze miliarda i czterystu milionów ludzi zamieszkujących starożytną chińską ziemię, sprawiając, że dzień w dzień dochodzi na niej do przerażających wydarzeń niedających się przewidzieć w najczarniejszych wyobrażeniach. (…) Rozsypała się cała logika, na której do tej pory ludzkość mogła polegać”.

Lianke w swojej epickiej historii nie zapomina o rzece świń. Nawiązuje do niej w scenie opluwania starego sołtysa, który ostatecznie „zginął w ślinotoku”. To wydarzenie stało się zalążkiem ustanowienia polityki obowiązkowej kremacji, prowadzącej z kolei do kolejnych precedensów – osoby starsze wolą odbierać sobie życie, niż oczekiwać na płomienie. Nie muszę tu chyba wspominać, że przepis ten faktycznie funkcjonuje w niektórych częściach Chin, a autor Snu wioski Ding po raz kolejny swobodnie miesza fikcję z rzeczywistością (kremacja to tylko jeden z wielu przykładów dostępnych w książce). W ten sposób buduje piętrową krytykę swojej ojczyzny, a szerzej także całego kapitalizmu.




Książka przybiera formę parodystycznej kroniki opracowanej w formie metatekstu. Oto światowej sławy pisarz z Pekinu, Yan Lianke, otrzymuje zlecenie od władz miasta, by udokumentować wielki krok w rozwoju jednostki. Porzuca swoją powieść, nad którą akurat pracował i przyjmuje zapłatę za nowe zlecenie. Wierzy, że to odpowiednia droga, wszak wychował się w tym miejscu i jest mu coś winien za liczne dobra, jakich doświadczał przez całe swoje życie.

Tak oto poznajemy dzieje Eksplozji, dawniej małej wioski, w której rewolucja kulturalna przejawiała się walką klanów o władzę i wpływy, dzisiaj pokaźnych rozmiarów miasta, z licznymi fabrykami, największym lotniskiem w kraju, stukilometrową linią metra i drapaczami chmur. Autor ukazuje drogę, jaką musiała przejść jednostka terytorialna, by ostatecznie stać się tętniącym energią żywiołem. Na początku lat 80. władze kraju zniosły obowiązujący przez kilkadziesiąt lat zakaz posiadania ziemi. Zabroniły także zdobywania bogactwa na własny rachunek. Zamiast tej wolności, zaproponowano nowe rządowe rozporządzenie namawiające do przedsiębiorczości i pracy, wprowadzające też pojęcie gospodarstwa dziesięciotysięcznego. Ten nowy system był pożywką dla prawdziwych cwaniaków. Szczególnym sprytem wykazał się jeden z braci Kongów – Mingliang, który każdego dnia znikał z wioski i okradał przejeżdżające składy pociągów wiozące węgiel i koks. Handlując tak zdobytym surowcem, w niespełna pół roku odłożył wymarzoną kwotę. Oczywiście osiągnięcie rządowego celu nie uszło uwadze lokalnych władz, które mianowały Minglianga na sołtysa.

I tak właśnie Eksplozja weszła w nurt dynamicznych zmian. Mingliang miał dar: elastycznie łączył polityczną poprawność, wątpliwe moralnie działania i osobistą charyzmę. Dzięki temu zyskał wręcz mitologiczną moc nad kreowaniem nowego świata. Nawet owady i wróble go słuchały (zresztą odwołań do zmieniającej się magicznie natury jest tu o wiele więcej i sam ten wątek mógłby stać się przedmiotem badań naukowych). Eksplozji nadano prawa miejskie, chwilę później stała się miastem powiatowym, potem przeszła na prawa prefektury, aż ostatecznie zyskała miano miasta wydzielonego. Tak oto Lianke przenosi swoje pogardliwe spojrzenie z przeszłości na teraźniejszość, a na końcu książki także na prognozy przyszłości. W epicki sposób podsumowuje zawrotny rozwój gospodarczy Chin, łącząc go ze zjawiskiem rozpadu zbiorowego sumienia społecznego.

Uwielbiam chińskiego pisarza za jego hiperboliczne akcenty, bezpośredniość w opisywaniu brudu rzeczywistości i absurdalność, jako żywo przypominającą mi wizje Ionesco czy Durrenmatta. Nie boi się krytykować wszystkich: niszczy komunistyczną ortodoksję, kapitalistyczne ambicje i abstrakcję współczesnych Chin. Hipnotyzuje surowością i wywrotowością, zachwyca poetyckim opisem i wyobraźnią, umożliwiającą budowanie uniwersalnych historii czytelnych dla międzynarodowej publiczności. Znowu udaje mu się ukazać samo sedno prawdy przy wykorzystaniu fantastycznej satyry. Oto metaforyczny portret współczesnych Chin, który możemy odczytywać także jako obraz Polski, czy jeszcze szerzej całego świata. Wszystkim przecież chodzi dokładnie o to samo, a każdy z osobna coraz bardziej przybliża naszą rzeczywistość do tytułowej ‘eksplozji’.

Tytuł: Kroniki eksplozji
Twórca: Yan Lianke
Wydawnictwo: Pańśtwowy Instytut Wydawniczy
Gatunek: literatura piękna
Data wydania: 15 października 2019

 

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy PAŃSTWOWEMU INSTYTUTOWI WYDAWNICZEMU

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Paweł Biegajski

Nałogowy kinomaniak i książkocholik. Plotka głosi, że przeczytał „Rozmowę w Katedrze" i „Braci Karamazow" w przedszkolu i to w oryginale. Nieuleczalny miłośnik poetyki kina Lava Diaza, społecznych obrazów Yasujiro Ozu i dyskretnego uroku Bunuela. Twórca bloga Melancholia Codzienności.