Avengers. Wojna Bez Granic – recenzja

Na trzecią odsłonę przygód mścicieli z wytęsknieniem czekali chyba wszyscy fani filmowego uniwersum. Ostatnie filmy ze stajni Marvela bardzo wysoko podniosły poprzeczkę, a porażka drugiej części Avengers pozwalała mieć uzasadnione obawy, że projekt braci Russo jednak nie do końca będzie udany. Pokazy przedpremierowe rozwiały jednak wszelkie obawy. Wojna bez granic gwarantuje kawał jazdy bez trzymanki, choć nie bez kilku drobnych zgrzytów, a raczej pominięć.

Infinity War to nie tylko kolejna kontynuacja. To swojego rodzaju kulminacja, wypadkowa wszystkiego, co do tej pory mogliśmy oglądać. Kto by pomyślał, że projekt który dziesięć lat temu zapoczątkował Iron Man, w tej chwili osiągnie tak ogromny zakres? Podtytuł Wojna bez granic nabiera też w tym momencie dużo większego znaczenia. Z jednej strony mowa tu o wielkiej wojnie, która może i toczy się w kilku zaledwie miejscach, ale swoim zasięgiem dotyka całego wszechświata. Można tu też pomyśleć o samym uniwersum, które po tylu filmach – raz lepszych, raz gorszych –  nie ma już granic.

Fabularnie historia zaczyna się w momencie, gdy zakończył się film Thor. Ragnarok, a dokładnie scena po napisach. Uciekający ze zrujnowanego Asgardu mieszkańcy pod przywództwem Thora natrafiają na statek Thanosa. Szalony Tytan poszukuje kamieni nieskończoności, które dadzą mu nieograniczoną władzę nad wszechświatem. Warto tu wspomnieć, że marvelowskie kino dostaje wreszcie rasowy czarny charakter z wiarygodną motywacją i pogłębiony psychologicznie – nawet jeśli Josh Brolin przykryty jest całą masą efektów specjalnych. Konfrontacja Thanosa i Thora doprowadza do zapoczątkowania wielkiej wojny, w efekcie której wszechświat spłynie krwią (oczywiście to tylko metafora, bo w przypadku PG-13 krwi raczej nie uświadczymy).

Co najważniejsze Avengers. Wojna bez granic nie jest typową sieczką, nastawioną na mordobicie, choć scen walki jest tu całe mnóstwo. Widać że twórcy trochę się wysilili, aby nadać choć odrobinę fabuły tej produkcji. Jest tu trochę zwrotów akcji i fabularnych twistów, ale przy okazji jest tu również wiele przemilczeń i przeskoków. Kilku bohaterów się nie pojawia, co skomentowane jest jednym zdaniem, albo całkowicie przemilczane. Można wiele takich, na pierwszy rzut oka nieznaczących szczegółów, znaleźć i się czepiać. Można też przymknąć na to oko i dobrze się bawić.




A bawić się można całkiem nieźle, szczególnie, że Marvel na przygotowanie tego wspaniałego i skomplikowanego baletu poświęcił miliardy dolarów (przy okazji oczywiście zarobił). Nie znając wcześniejszych filmów, oczywiście tych ostatnich, można się na początku czuć odrobinę zagubionym. Szybko jednak wskakuje się na odpowiednie tory i pędzimy razem z bohaterami aż do totalnie zaskakującego i zachwycającego finału. Samo zakończenie zaś pozostawia widzów zszokowanych i zdezorientowanych. Kolejna część niestety dopiero za rok.

Film jest zaś połączeniem klimatów poszczególnych filmów. Można poczuć atmosferę Czarnej Pantery i miasta Wakandy, poprzednich projektów Avengers i ich troski o ludzkość oraz Strażników Galaktyki wraz z ich kosmicznymi dziwactwami i popkulturowymi odniesieniami. Nie mogło się też obyć bez żartów Parkera. Jakby tego było mało twórcy serwują nam rewelacyjne improwizowane duety. Stark i Strange oraz ich wielkie ego i walka na intelektualną wyższość. Podobnie Star-Lord i Thor oraz ich prężenie muskułów. Jest to najmocniejsza strona tej niesamowitej mega-produkcji.

O efektach specjalnych nie ma co się za bardzo rozpisywać. Poprzednie filmy pokazały wiele i w tym przypadku jest podobnie. Pod tym względem Wojna bez granic nie zaskakuje niczym szczególnym. Jedynie możemy zobaczyć nowy strój Iron Mana i jego możliwości, oraz Iron Spider-Mana w akcji. Pozostali bohaterowie prezentują podobne gadżety jakimi dysponowali w poprzednich filmach. Czy jednak to jest najważniejsze? Gadżety w pewnym momencie schodzą na dalszy plan, a produkcja żyje swoim życiem przeplatając  humorystyczne wstawki z zadumą nad losem nie tylko Ziemi, ale całego wszechświata. Na główny motyw wyrasta tu kwestia poświęcenia. Jak daleko można się posunąć w tej kwestii? Wydawać się może, że będzie to groteskowe. Nic bardziej mylnego. W tym przypadku to działa.

Avengers. Wojna bez granic ogląda się z zapartym tchem. Wartka akcja, cała plejada superbohaterów, kilka fabularnych twistów i zaskakujące zakończenie, które pozostawia widzów ze szczęką na podłodze, sprawia że film można śmiało zaliczyć do grona najlepszych marvelowskich produkcji. Czego można chcieć więcej od dobrego blockbustera, który z jednej strony jest zwieńczeniem pewnej epoki, a zarazem stanowi zapowiedź kolejnej?

MOJA OCENA:
7/10

Avengers. Wojna bez Granic
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz: Christopher Marcus, Stephen McFeely
Obsada: Josh Brolin, Tom Holland, Scarlett Johansson, Chris Pratt, Chris Evans, Chris Hemsworth, Sebastian Stan, Robert Downey Jr., Zoe Saldana, Benedict Cumberbatch, Tom Hiddleston
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2018
Gatunek: science fiction

 

 

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Tomasz Drabik Administrator
Radomianin z pochodzenia. Technolog żywności z wykształcenia. Pasjonat dobrego kina, lecz nie gardzi ciekawą książką. Uwielbia Pasikowskiego, Manna i Lehane.