Recenzja filmu Mute od Netflixa

Subskrybenci Netflixa z pewnością nie mogą narzekać na nudę. Platforma regularnie dostarcza nie tylko świetnej jakości oryginalne seriale, nie tylko udostępnia – na ile to możliwe – świeże produkcje filmowe (ostatnio m.in. Łotra 1), ale coraz częściej oferuje także własne filmy. W piątek na streamie zadebiutował Mute (Bez słowa), najnowszy film Duncana Jonesa, twórcy docenionego Moon.

Przenieśmy się do cyberpunkowego świata przyszłości, w ostatnim czasie tak chętnie eksplorowanego przez kino (Blade Runner 2049) i telewizję (Altered Carbon także od Netflixa). Pakiet startowy: ulice nocą wypełnione wszechobecnymi neonami, niebo raz po raz przecinane wymyślnymi latającymi pojazdami, ludzkie ciała uzupełniane mechanicznymi implantami. Chociaż jednak twórcy Mute nie szczędzą nam widoków dobitnie świadczących o futurystycznym charakterze produkcji (striptizerki-roboty boleśnie raniące oczy kiepskim CGI), to jednak ewidentnie znajdujemy się w niedalekiej przyszłości, w której wiele elementów będzie nam ciągle bardzo bliskich. Dla nas, Europejczyków, nie będzie to też daleka podróż w sensie geograficznym, akcja filmu rozgrywa się bowiem w Berlinie.

Bohaterem filmu jest amisz Leo, który w dzieciństwie uległ wypadkowi. Z powodów religijnych nie otrzymał właściwego leczenia, w wyniku czego stracił mowę. Teraz pracuje jako barman i spotyka się z dziewczyną imieniem Naadirah. Kobieta skrywa przed nim tajemnice a pewnego razu znika. Mężczyzna rusza na jej poszukiwania w tętniącym życiem Berlinie, jednak szybko odkrywa jego brudną, mroczną stronę. Będzie musiał stawić czoła dwóm amerykańskim żołnierzom-medykom, Cactusowi i Duckowi, którzy w Niemczech żyją z pomocy bandziorom.



Historie barmana i żołnierzy są drastycznie odmienne, przeplatając się niekiedy, by wreszcie spotkać się w finale. On nie mówi nic, jest więc cichym bohaterem na wojennej ścieżce – szlachetnym, walczącym o swoją kobietę. Oni mówią zdecydowanie zbyt wiele, są źli do szpiku, choć zmagają się także ze swoimi problemami. Te wątki są na tyle odmienne, także pod względem filmowej kompozycji, że tam gdzie historia Leo jest dramatyczna, tam również Cacus i Bill są źródłem sporej dawki humoru. A jednak, mimo to Mute to kino miejscami absurdalnie poważne. Razi to szczególnie na początku, kiedy jeszcze niemy Leo usilnie też próbuje być ślepy na fakt, że nic tak naprawdę nie wie o swojej kobiecie. Dalej, choć historia zaczyna trzymać w napięciu, panuje absolutny scenariuszowy chaos. Przez cały seans trudno pozbyć się wrażenia, że film nie posiada własnej tożsamości, a twórcy nie wiedzieli do końca, jaką właściwie produkcję chcieli zrobić, wrzucając do niej – jak leci – wątki związane z perwersją wynikającą z technologicznego zachwytu po globalną politykę, ale wszystkie tematy zostają dotknięte pobieżnie lub wręcz groteskowo (pedofilskie zapędy Ducka).

Zawodzi także strona audio-wizualna produkcji. Warto docenić pomysł, aby Berlin nie przypominał nafaszerowanej technologicznymi gadżetami futurystycznej metropolii, lecz – skryty w brudzie – ciągle wizualnie bliski był naszym czasom, szkoda jednak że niepotrzebna ilość kiepskich efektów specjalnych psuje tę wizję. Barwne wieżowce, latające pojazdy, drony i wspomniane roboty-striptizerki wyglądają miejscami co najmniej śmiesznie, szczególnie gdy zaledwie kilka miesięcy temu mogliśmy podziwiać podobny mimo wszystko wystrój w dopracowanym w każdym szczególe i obłędnym Blade Runnerze. Rozumiem, że budżety obu produkcji były nieporównywalne, ale może warto było w tym przypadku zrezygnować z CGI i kilku pomysłów na siłę sugerujących nam technologiczną stronę przyszłości. Z drugiej strony muzyka, za którą odpowiada utalentowany Clint Mansell, tutaj nie ma praktycznie widzowi nic do zaoferowania; kompozycje autora są niezauważalne.

Warto dodać, że w niewielkim epizodzie pojawia się Sam Rockwell, który powtarza swoją rolę z kultowego już Moon, tworząc pewnego rodzaju duchowe nawiązanie między obiema produkcjami. Tym bardziej jednak Jones strzela sobie w stopę, przypominając widzom o swoim obiecującym debiucie, do którego już nigdy nie potrafił  jakościowo nawiązać, ani w przypadku Kodu nieśmiertelności, ani tym bardziej w przypadku Warcrafta. Każdemu z tych filmów zabrakło wiele, aby w swoim gatunku stać się pełnoprawnym kinem o własnej tożsamości.

Najsłabszym ogniwem Mute zdaje się być grany na jednej minie przez Alexandra Skarsgarda jego główny bohater, który na przestrzeni filmu nie przechodzi żadnej przemiany. Choć kibicujemy mu na jego drodze zemsty, musimy pogodzić się z tym, że niczego ona w jego życiu nie zmieni. Jego milczenie mogło stać się źródłem duchowych rozważań, ale produkcja nie idzie w tę stronę, przez cały film więc będziemy się od niego odbijać. Więcej energii filmowi przydają Paul Rudd i Justin Theroux, szczególnie ten pierwszy, który wyraźnie się swoją postacią bawi. Ostatecznie Mute to mieszanka pomysłów, z których niewiele wynika. Duncan Jones to bez wątpienia twórca szalenie ambitny i utalentowany, ale w dalszym ciągu nie znalazł swojego filmowego języka i rytmu.

MOJA OCENA:
3/10

Bez słowa
Reżyseria: Duncan Jones
Scenariusz: Duncan Jones, Michael Robert Johnson
Obsada: Alexander Skarsgard, Paul Rudd, Justin Theroux, Seyneb Saleh
Muzyka: Clint Mansell
Zdjęcia: Gary Shaw
Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Kraj: Niemcy, Wielka Brytania,
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 23 lutego 2018

 
 
 
CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:
 

Damian Drabik Administrator
Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.