Recenzja filmu „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Już Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i Siedmiu psychopatów udowodniły, że reżyser tych filmów, Martin McDonagh, ma głowę do intrygujących scenariuszy i talent do prowadzenia aktorów. Ale w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri Irlandczyk idzie jeszcze dalej, dowodząc że potrafi realizować filmy z absolutnie najwyższej półki. Potwierdzają to Złote Globy – za najlepszy scenariusz, dla najlepszej aktorki i wreszcie – dla najlepszego filmu.

Trzy billboardy… to film-brzytwa! Punkt wyjścia jest bardzo prosty – spokojne, niewielkie miasteczko i brutalna zbrodnia, która wydarzyła się pół roku wcześniej. Zrozpaczona matka pragnie odnaleźć i ukarać sprawców gwałtu i morderstwa swojej córki, sprawa jednak staje w martwym punkcie. Grana przez Frances McDormand Mildred decyduje się na dość nietypowy krok. Wynajmuje tytułowe prowadzące do miasteczka billboardy i za ich pośrednictwem oskarża lokalną policję i szeryfa o zaniedbania.

Dla wielu innych twórców ten temat mógłby się okazać idealną podstawą do konstrukcji angażującego dramatu z elementami kryminału, w którym podsycano by dramaturgię starciem lokalnej policji z matką-buntowniczką, ostatnią osobą walczącą o prawdę i sprawiedliwość. Dla McDonagha sprawa jest oczywista i poniekąd wykorzystuje zaprezentowaną powyżej konstrukcję, niemniej bawi się konwencją a akcenty rozkłada zupełnie inaczej, niż można się było tego spodziewać; twórca sięga po czarny humor, tworząc pokręconą komedię, wykorzystuje motywy westernu w realizacji przedstawionego świata i fabuły, a w prostych i przerysowanych zwrotach akcji zawiera głębię, która w finale wybrzmiewa z olbrzymią siłą.




Bo Mildred, oprócz tego że naturalnie jest zrozpaczoną i pogrążoną w depresji matką, jest też twardą babką, z którą lepiej nie zadzierać. Nosi w sobie tyle gniewu, że starczyłoby, aby obdarować nim kilku łotrów w innych filmach. Choć pod jej maską zdeterminowania i wściekłości, kryje się prawdziwe cierpienie. Na przeciw niej stają szeryf (grany przez Woody’ego Harrelsona Bill Willoughby) i oficer Jason Dixon (Sam Rockwell). Ten pierwszy to oaza spokoju, dobry mąż i ojciec, obywatel szanowany w całym mieście. Nietrudno zrozumieć, że pojawienie się billboardów szkalujących jego osobę nie spodoba się mieszkańcom. Dixon to z kolei zakompleksiony, mieszkający z matką drań o dość ograniczonym światopoglądzie i z burzliwą przeszłością (ponoć torturował czarnoskórego). Oficer zrobi wszystko, żeby zmusić Mildred do zaprzestania wynajmowania billboardów.

Ścierają się te charaktery na przestrzeni filmu w szeregu kapitalnych scen. Aktorstwo jest tu być może odrobinę przerysowane i widać to nieschodzące napięcie szczególnie na twarzy McDormand, co być może nie wszystkim przypadnie do gustu, ale właśnie w tym szarżowaniu jest metoda. Od razu widać bowiem że scenariusz i bohaterowie służą opowieści i jej przesłaniu, nie na odwrót, wobec czego reżyser zachęca nas po prostu do zaakceptowania tej konwencji. Wówczas kolejne sceny będą dostarczać z jednej strony masę świetnej zabawy, z drugiej – ogrom emocji. Całość zmusza natomiast do refleksji.

Bo znów, co podkreśliłem wcześniej, Trzy billboardy okazują się być nie takim filmem, jakiego się spodziewałem. Zamiast cynicznej, pełnej ironii opowieści z nihilistycznym wydźwiękiem (wszystko w trakcie seansu na to wskazuje), niespodziewanie otrzymujemy chwytającą za serce historię o potrzebie miłości i współpracy. Katalizatorem tych zmian jest właśnie postać szeryfa Willoughby’ego i wydarzenia z nim związane.

Oczywiście na szczególną uwagę zasługuje tu grana przez McDormand Mildred. Jakże to odmienna rola od tej słynnej kreacji sprzed lat w kultowym Fargo. Tu McDormand tworzy bohaterkę pełną gniewu i szaleństwa w oczach. Ale kto wie, czy wnioski do jakich będzie musiała dojść Mildred nie zbliżą jej jednak do postaci Marge. Jej motywacje są oczywiste, od początku jej kibicujemy, choć środki, na które się decyduje aby osiągnąć cel, mogą być moralnie wątpliwe. Reżyser nie zostawia oceny postaci nam, podpowiada raczej za pomocą wydarzeń i dialogów – trzeba postawić miłość ponad nienawiść, a wybaczanie rozpocząć od pogodzenia się z samym sobą.

Jest też Sam Rockwell w roli Dixona, który również otrzymał za swój występ zasłużonego Globa. Jego prywatną ekranową wojnę z McDorman ogląda się w nieprzerwanym napięciu. Rockwell w obłędnie przeszarżowanej roli oddaje wszystko – zacięcie swojego bohatera, niechęć wynikającą z uprzedzeń, wątpliwą inteligencję i… pewną lukę w sercu, którą będzie musiał odnaleźć.

Ci niejednoznaczni bohaterowie działają tak dobrze nie tylko dzięki kapitalnym aktorskim kreacjom, ale też dzięki empatii samego reżysera, który patrzy na ich decyzje i czyny (często złe i wynikające ze złych intencji) z pewnym ciepłem w oku. Nie chwali być może ich poczynań, ale sprawia, że potrafimy zrozumieć ich motywacje, pragnienia, ból.

Jest w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri znacznie więcej, niż zmieściłem w swojej recenzji, ale właśnie w ten sposób trafił do mnie film McDonagha, który ma pewną doskonałą zaletę – różni widzowie mogą wyczytać z niego zupełnie różne treści i różnie go odebrać. Bo mamy tu jeszcze chociażby obraz małej lokalnej społeczności, w której wszyscy się znają i żaden sekret nie pozostanie tajemnicą. Reżyser piętnuje pewne uniwersalne dla takich grup zachowania. Film porusza również kwestię uprzedzeń, co świetnie widać na przykładzie wypowiedzi Willoughby’ego: „jeśli pozbędziesz się wszystkich gliniarzy o rasistowskich poglądach, to zostanie ci tylko garść i wszyscy oni nienawidzą gejów, więc co poradzisz?” [cytat z pamięci]. Co jeszcze? Ten film to także opowieść o żałobie, o przeżywaniu straty, cierpieniu oraz niemożności pogodzenia się z losem.

Najnowszy film Martina McDonagha to najlepsza jak dotąd produkcja w jego karierze, choć dwóch poprzednich obrazów reżyser wcale nie musi się wstydzić. Dopiero jednak w Trzech billboardach… twórca In Brugges doskonale wyważył czarny humor i dramat, wznosząc scenariusz na wyżyny i znakomicie prowadząc aktorów. Jest tu rodzaj zabawy konwencją i bohaterami, która może nie każdemu przypaść do gustu, ale jeśli zaakceptujecie stylistykę McDonagha to otrzymacie wspaniałe kino z mocnym wydźwiękiem, film pełen humoru i zrealizowany z pazurem, trzymający widza w garści do ostatniej sceny.

 

MOJA OENA:
7/10

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri
Reżyseria: Martin McDonagh
Scenariusz: Martin McDonagh
Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges
Muzyka: Carter Burwell
Zdjęcia: Ben Davis
Gatunek: Dramat, Komedia
Kraj: USA
Rok produkcji: 2017
Data polskiej premiery: 2 lutego 2018

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator
Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.