Netflix Przywołujący Słońce, czyli seria Cień i kość

MARTA STUSEK

Na Netfliksie zadebiutował długo wyczekiwany przez fanów Leigh Bardugo serial Cień i kość – młodzieżowe fantasy oparte o popularny cykl książek. Historia skupia się na losach kartografki Aliny Starkov, która niespodziewanie ujawnia legendarną moc – jest Przywoływaczką Słońca. Miejscem akcji jest targana wojnami Ravka – państwo, którego największym wrogiem jest Fałda Cienia – obszerny pas ziemi pełen śmiercionośnych potworów – volkr. W Fałdzie panuje wieczny mrok, a geneza jej powstania wiąże się z mocami władającego cieniem Czarnego Heretyka. Na usługach Ravki, oprócz armii złożonej ze zwykłych żołnierzy, znajduje się także Druga Armia – elitarny oddział władających różnymi mocami Griszów, dowodzony przez siejącego postrach generała Kirigana, znanego także jako Darkling (w polskiej wersji językowej – Zmrocz). Perypetie Aliny i jej przyjaciela Mala splatają się w serialu z losami młodych członków ketterdamskiego gangu pod przewodnictwem Kaza Brekkera.

Jessie Mei Li cień i kość

Trylogia Leigh Bardugo to przykład pisarstwa bardzo typowego, a jednocześnie pełnego paradoksów: jest jednocześnie bardzo zła i bardzo dobra. Skąd to przeciwstawne połączenie? Z jednej strony, szczególnie w pierwszej części serii, mamy do czynienia z nagromadzeniem typów, które w swoim czasie gęsto zasiedlały uniwersa YA fantasy: bohaterkę nieświadomą swoich mocy – ubogą sierotę, świat ogarnięty wojną, podczas której najbardziej cierpią niewinni, arcyważną misję, wielkie przyjaźnie i oczywiście… trójkąt miłosny (dla niektórych prawdziwa zmora młodzieżowej fantastyki). Z tego wszystkiego Bardugo czerpie pełnymi garściami, bez skrępowania zmuszając swoich czytelników do zanurzenia się w soczystej teen dramie. Jest jednak druga strona: seria zdecydowanie zyskuje wraz z kolejnymi tomami (Oblężenia i nawałnica oraz Zniszczenie i odnowa), a początkowe niedorzeczności i luki fabularne z pierwszych dwóch książek zostają finezyjnie zapełnione w satysfakcjonującym finale. Mimo zgrzytania zębami podczas kolejnych wzlotów i upadków (swoją drogą dość toksycznej) relacji Aliny i Mala, wykreowany świat i coraz sprawniej prowadzona akcja sprawiają, że niejeden czytelnik zostanie bez reszty pochłonięty przez fascynujące i niebezpieczne Grishaverse. To jednak nie koniec niespodzianek, jakich może dostarczyć czytanie książek Leigh Bardugo. Po Cieniu i kości, autorka zaoferowała czytelniczkom kolejne spotkanie z tym samym uniwersum, choć z różnym miejscem akcji i różnymi bohaterami – tym razem w dylogii Szóstka Wron. Przypadek omawianego pięcioksięgu (choć zaznaczam, że mamy tu jeszcze kolejną dylogię i zbiór opowiadań) można potraktować jako wręcz podręcznikowy przykład udanego rozwoju pisarskiego. Różnice w stylu, kreacji postaci i prowadzeniu narracji między pierwszymi książkami Bardugo a kolejnymi, są bardzo wyraźne. O ile historia Aliny może dla współczesnych czytelników okazać się opowieścią już nieco w oldschoolowym stylu, o tyle Szóstka Wron i Królestwo Kanciarzy to pozycje, które mają szansę zdobyć uznanie także tych, którym wcześniej twórczość amerykańskiej pisarki nie przypadła do gustu. Fabuła dylogii opiera się na klasycznym schemacie heistu – mamy tu wielki skok, skomplikowany plan i galerię złożonych, nietuzinkowych postaci, a wszystko to okraszone fantastycznymi elementami znanymi już z Cienia i kości, a także nowymi pomysłami. Warto jednak zaznaczyć, że Bardugo nie przeciąga kreacyjnej liny za bardzo w stronę przesytu nowością – wszystkie elementy zostały wprowadzone do akcji ze stosownym umiarkowaniem, co pomogło autorce uniknąć fabularnych wpadek.

Jak zatem ryzykowne połączenie książek o tak zróżnicowanym poziomie wypadło na małym ekranie? Z dużo większym wdziękiem, niż można było się spodziewać. Twórcy serialu dopisują nowe wątki do opowieści rozgrywającej się w Ketterdamie (miejsce akcji Szóstki wron), zagęszczając tym samym równoległą fabułę Cienia i kości (mamy tu jednak kilka zmian w chronologii wydarzeń). W rezultacie całość serialu to właściwie połączenie najważniejszych motywów z historii Aliny, Darklinga i Mala, z prequelem treści znanych z dylogii o Wronach. Mimo potencjalnego chaosu – różne lokacje, różne problemy, wielość bohaterów i wątków, a także kwestia pogodzenia różnej chronologii materiału wyjściowego – pierwszy sezon serialu Netflixa okazał się (na szczęście!) całkiem spójny. Wątki rozgrywające w Ketterdamie znakomicie oddają klimat książkowej opowieści o członkach gangu – ciemność, brud i brutalność (zaskakująco naturalistyczna, jak na young adult fantasy). Późniejsze poczynania złodziejskiej ekipy Kaza Brekkera wydają się przyjemnym, dynamicznym przerywnikiem między kolejnymi zmaganiami Aliny Starkov z odkrywaniem własnej tożsamości i wagi stojącego przed nią zadania. Jednak dla osób znających wcześniej adaptowany materiał, dodatkowe, napisane na nowo motywy, mogą obnażać trudności z połączeniem dwóch cykli w jeden serial. Nie wszystkie rozwiązania scenarzystów wychodzą całej opowieści na dobre. Zawiedzeni mogą być także ci, którzy przed seansem Cienia i kości liczyli na klimat rodem z carskiej Rosji – stanowiącej dla Leigh Bardugo źródło inspiracji do stworzenia Ravki, jej estetyki i niektórych bohaterów (chociażby tajemniczego mnicha Apparata – nawiązującego do postaci Rasputina). Odwołania do carsko-rosyjskiego kolorytu są w serialu bardzo subtelne i nie wybijają się na pierwszy plan. Kręcone w Budapeszcie sceny z ravkańskiej stolicy Os Alty niekoniecznie przywodzą na myśl wschodni przepych. Nie zmienia to jednak faktu, że wizualnie serial prezentuje bardzo wysoki poziom.

Twórcy serialu rozszerzyli dramat Aliny o wątki związane z pochodzeniem – matką serialowej bohaterki była kobieta z Shu Hanu – państwa wrogiego Ravce. Ta zmiana w stosunku do książkowego pierwowzoru z jednej strony wychodzi na dobre – dostajemy na ekranie szerszą reprezentację etniczną i finezyjne wprowadzenie w problemy narodowościowe Griszowego uniwersum. Z drugiej – dokłada Alinie kolejny tragiczny rys biograficzny, których i tak w Cieniu i kości było już bardzo dużo. Koniec końców obsadowy wybór Jessie Mei Li do roli czołowej postaci okazał się strzałem w dziesiątkę. Choć główna bohaterka w jej interpretacji jest dużo bardziej niepokorna i śmielsza w stosunku do pierwowzoru, Mei Li potrafiła tchnąć w nią więcej wigoru, co na ekranie czyni Alinę osobowością bardziej złożoną i nieco dojrzalszą – tak jak dojrzalsza w serialowym wydaniu jest cała opowieść.

Wisienką na torcie (szczególnie dla fanek i fanów książek) jest Ben Barnes jako Darkling/Generał Kirigan. Choć zdecydowana większość obsady bardzo dobrze radzi sobie z swoim rolami, każdy mól książkowy wie, że idealny casting nie istnieje. Ekranizacje mają to do siebie, że nasze czytelnicze wyobrażenia muszą zostać skonfrontowane z często bardzo różniącymi się od nich (choć wcale nie oznacza, że gorszymi) kreacjami aktorskimi. I tutaj wracam do zdania, które napisałam przed chwilę – idealny casting nie istnie… ISTNIEJE. Bowiem Darkling w wykonaniu Barnesa jest idealnym archetypem fascynującego czarnego charakteru. Jego mrok i specyficzny urok w połączeniu ze złowrogą sławą bohatera, dają nam postać, wobec której nie można pozostać obojętnym – nawet bez znajomości książkowego pierwowzoru. Myślę, że postać Generała Kirigana na długo zapisze się połyskującymi, czarnymi literami w kanonie popkultury. A nowy serial Netflixa ma szansę zapisać się w świadomości widzów jako kawał soczystej, świetnie zrealizowanej fantastyki. Cień i kość zdecydowanie można polecić zarówno wielbicielkom i wielbicielom twórczości Leigh Bardugo, jak i tym, dla których serial jest pierwszym spotkaniem z Fałdą Cienia, Griszami i sprytnymi złodziejami z Kerchu.

Tego spotkania na pewno nie zapomnicie. Do zobaczenia po drugiej stronie Fałdy.

Cień i kość. Obsada: Freddy Carter, Jessie Mei Li, Archie Renaux, Amita Suman, Kit Young, Ben Barnes, Simon Sears, Julian Kostov, Daisy Head; gatunek: fantasy; rok produkcji: 2021.

 
CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH ARTYKUŁÓW? POLUB TĘ STRONĘ: