Recenzja filmu “Aline. Głos miłości”

Twórcy Aline. Głos miłości nawet nie próbują udawać, że film pełnymi garściami czerpie z życia Céline Dion. Co więcej – informują o tym widzów tuż przed seansem. To zresztą logiczne, skoro na ekranie oglądamy historię jednej z najpopularniejszych artystek wszech czasów oraz słyszymy jej piosenki. Niestety, realizacja Aline… pozostawia sporo do życzenia i pozostaje w tyle za ciekawym pomysłem.

Początek zapowiada się całkiem nieźle. Dosyć szybko (to zasługa zręcznie skonstruowanej fabuły) poznajemy tytułową Aline – czternaste (!) dziecko Sylvette i Anglomarda Dieu. Czar pryska, kiedy na ekranie pojawia się nastolatka z komputerowo “przeszczepioną” twarzą Valérie Lemercier – aktorki wcielającej się w (mimo wszystko) postać Céline Dion! Wygląda to co najmniej groteskowo, ale wraz ze (zbawiennym) upływem czasu ta “niedogodność” znika, a film staje się baśniową opowieścią o współczesnym kopciuszku.

Jego bohaterka od wczesnych lat dzieciństwa marzy o tym, aby zostać międzynarodową gwiazdą piosenki. I krok po kroku, dzięki wsparciu rodziny, powoli staje się to coraz bardziej realne. Niebagatelną rolę odgrywa tu menedżer, Guy-Claude Kamar, który stworzył Aline – artystkę. Doradza, załatwia nagrania, organizuje trasy koncertowe – zupełnie tak, jak robił to mentor (i prywatnie mąż) Céline Dion – René Angélil. Po pewnym czasie relacja, która ich łączy, przestaje mieć podłoże czysto zawodowe. Mimo sporej różnicy wieku (26 lat) 20-letnia wokalistka pokochała go (dosłownie) do grobowej deski.

W ten niemalże idylliczny, ale na dłuższą metę przesłodzony, pozbawiony głębi świat, wkrada się sporo chaosu. Problemy głosowe Aline nakładają się na to, że ona i jej mąż nie mogą doczekać się potomka. Zdawałoby się, że jedno wynika z drugiego, ale jednak tak nie jest. Kiedy wreszcie zostają rodzicami, wokalistka wraca na scenę w Las Vegas, która – porównując z tą, na której występowała Dion – wygląda naprawdę ubogo. Do tego przeżywa rozterki związane z łączeniem macierzyństwa z karierą zawodową. Czy się z nimi uporała? Na to pytanie nie będę odpowiadać – może ktoś sam będzie chciał się o tym przekonać.

Odniosłem również wrażenie, że przedstawione w filmie kolejne sukcesy Céline Dion, pardon – Aline Dieu, nie były okupione wielkim wysiłkiem. Nawet jej rozterki miłosne stosunkowo szybko dobiegają do szczęśliwego końca, mimo wyraźnego niezadowolenia jej matki. Wszystko dzieje się ot tak, bo tak wynika ze scenariusza napisanego przez (czyjeś) życie. Nawet krytyczne głosy plotkarskich mediów nie wydają się być jakoś szczególnie dotkliwe. I to jest moim zdaniem największy grzech Aline… – ta sztuczna jednowymiarowość, którą w zbyt dużych ilościach okraszono sarkastycznym humorem. Dopiero ostatnie sceny filmu wydają się być bardziej przekonujące, ale nie bardzo korespondują z jego wcześniejszą fabułą.

Ponadto dochodzi w nim do dziwnej sytuacji, która mnie zaskoczyła. Aline, ukrywając przed rodziną swoje uczucie do Kamara, w czasie jednego z koncertów śpiewa utwór “Ziggy”, kierując go wprost do niego. I nie byłoby to może dziwne, gdyby nie fakt, że piosenka opowiada o homoseksualnym mężczyźnie…

Z jaśniejszych punktów wspomnę o rewelacyjnej Danielle Fichaud, która wcieliła się w rolę matki Aline. Dzięki swojej charyzmie stworzyła postać z krwi i kości – zdecydowaną oraz niezwykle energiczną. Valérie Lemercier aktorsko mieści się w konwencji filmu, która – jak już wspominałem – jest raczej monotonna. Nie przekonały mnie także piosenki Kanadyjki w wykonaniu Victorii Sio, która operuje mezzosopranem (Dion dysponuje wyższym głosem, sopranem).

Cóż, Aline. Głos miłości po prostu mnie rozczarował. W każdym życiu występuje cała paleta emocji, a tych tutaj zabrakło. Szkoda, że mając do dyspozycji tak niebanalną i barwną biografię Céline Dion, twórcy filmu mocno ją spłycili. Zdaję sobie sprawę, że nie chodziło o jej wierne odwzorowanie, ale świat Aline po prostu do mnie nie trafił. Myślę, że jej wizerunek zyskałby na autentyczności, gdyby została w nim przedstawiona jako człowiek z krwi i kości – ze swoimi zaletami, ale i słabościami. Ciekawe, czy Dion podzieliłaby moje zdanie?

Przemysław Sobolewski

Aline. Głos miłości. Reżyseria: Valérie Lemercier; Scenariusz: Valérie Lemercier, Brigitte Buc; Obsada: Valérie Lemercier, Sylvain Marcel, Danielle Fichaud, Roc LaFortune, Antoine Vézina i inni; Gatunek: biograficzny/dramat; Kraj: Francja/Kanada, Data polskiej premiery: 10 listopada; Ocena: 3/10.

 

 
CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ: