Recenzja „Han Solo. Gwiezdne Wojny – Historie”

Nie wiem czy to już reguła, ale ostatnie dwa filmy braci Coen okazywały się aktorsko prorocze wobec następujących po nich odsłon Gwiezdnych Wojen. Najpierw w Co jest grane, Davies? Oscar Isaac i Adam Driver śpiewali o locie w kosmos, by jakiś czas po premierze dowiedzieć się o angażu do nowej trylogii SW, potem w Ave, Cezar! młody Alden Ehrenreich wystąpił z zabawnym epizodem, w którym wcielił się w aktora nie potrafiącego grać. Następnie otrzymał rolę samego Hana Solo w planowanym spin-offie, w trakcie realizacji którego producenci poinformowali publicznie, że jego aktorskie umiejętności są mierne. Zatrudnili więc coacha, który miałby go na planie aktorsko prowadzić.

Niezbyt dobrze wróżyło to kolejnemu, po Łotrze 1, spin-offowi Gwiezdnych Wojen. A to przecież wierzchołek góry lodowej problemów, wśród których było także zwolnienie niesubordynowanych reżyserów, przedłużający się czas realizacji i marudzenie fanów, którzy twierdzili że ten film jest nikomu niepotrzebny. Ale nie martwcie się tym. Gotowy produkt to kawał przyzwoitej rozrywki, a sam Ehrenreich, choć daleko mu do Harrisona Forda, ma błysk w oku i wdzięk. To wystarczy, żeby go polubić.

Najsympatyczniejszego bohatera w całym uniwersum poznajemy gdzieś w odległej galaktyce, na planecie Corellia, na której ze swoją dziewczyną Qi’Rą egzystuje w przestępczym światku. Twórcy od razu rzucają nas w wir akcji, prezentując znakomite umiejętności (jeszcze jako kierowca) Hana i jego talent do pakowania się w kłopoty. Wraz z Qi’Rą zamierzają opuścić tę pozbawioną perspektyw planetę, ale zostają rozłączeni. Bohater trafia więc do armii Imperium, gdzie szkoli się na pilota, jednocześnie podważając moralne postępowanie przełożonych. Jego celem jest powrót na Corellię i uratowanie ukochanej. Ale jak możemy się spodziewać sprawy nie potoczą się po jego myśli.

Film o przygodach Hana Solo ma sporo wspólnego z Łotrem 1. Przede  wszystkim, co bardzo cieszy, zamiast epickiej fabuły uwikłanej w kluczowe dla losów galaktyki wydarzenia, obserwujemy raczej sytuację tych, o których nie słyszano dalej, niż na ich własnej planecie. Pozwala to dalej eksplorować ten bogaty świat, ukazywać drobnych mafiozów gdzieś na krańcu galaktyki, spelunki w których organizowane są walki robotów i inne ciekawe lokacje. Ponadto to znów historia grupy wyrzutków, dbających przede wszystkim o własny interes, którzy muszą jednak połączyć siły.

Ciężar fabuły jest za to znacznie mniejszy. O ile tam działania bohaterów miały znaczenie dla losów Rebelii, o tyle tu mamy do czynienia po prostu z kameralną historią, trochę w stylu heist movie. Jest też mniej mrocznie i poważnie, ale trudno o powagę, gdy Solo zawsze odzywa się w niewłaściwym momencie, a Lando Carlissian kradnie każdą cenę swoją przesadną elegancją i czarem.




A propos Carlissiana największa siła Hana Solo tkwi w „pierwszych spotkaniach” tytułowego bohatera z legendarnymi przyjaciółmi: właśnie z czarnoskórym przystojniakiem, w którego tu rewelacyjnie wcielił się Donald Glover kradnąc całe show oraz oczywiście z Chewbacką. Są też nowe postaci, czyli wspomniana Qi’Ra (grana przez znaną z Gry o Tron Emilię Clarke) czy mentor Hana na przestępczej ścieżce – Thobias Beckett (Woody Harrelson bez fajerwerków). Na uwagę zasługuje też Paul Bettany, który w dwóch zaledwie scenach kreśli pełnokrwisty czarny charakter. Reszta to już żarty, aluzje do starej trylogii oraz akcja, której tu nie brakuje.

Brakuje za to wyraźnie ciekawszej fabuły, bo ta sprowadza się do zapoznania ekipy i wykonania „ostatniego skoku”, który miałby dać im zasłużony spokój. Duże tempo sprawia, że relacje nawiązują się bardzo szybko, a samym bohaterom brakuje psychologicznego zaplecza. W rezultacie od początku wiadomo, jak w kluczowych momentach zachowają się poszczególne postacie.

Jedną z największych wad produkcji jest z kolei olbrzymia doza zachowawczości. To nie jest film, który do uniwersum wprowadzi jakąkolwiek świeżość. Zbyt mało tu szaleństwa jak na głównego bohatera – zarówno w fabule jak i w samej realizacji. Wyjątek może stanowić postać robota L3 o osobowości kobiety, która rzuca seksualnymi aluzjami i walczy o równouprawnienie.

Wszystko tu skrojone jest tak, żeby tego nie schrzanić, co oczywiście się udało. To kino bezpieczne pod tym względem, że przypadnie do gustu zarówno wiernym fanom, którzy za dzieciaka podziwiali wdzięk Harrisona Forda i tej młodzieży, która wychowuje się na dzisiejszych blockbusterach.

Alden Ehrenreich jako legendarny Han Solo wypada przyzwoicie. Trudno go nie polubić, skoro jest zadziorny, pewny siebie, niepozbawiony wdzięku. Niemniej tej charyzmy znanej z roli Harrisona Forda jeszcze mu brakuje, co można też zrzucić na brak doświadczenia – ta osobowość będzie się dopiero kształtować. Ale podobnie jest z samym filmem, który stanowi porządną rozrywkę, w której jest miejsce i na przygodę, miłość i dużą dawkę humoru, nie ma jednak scenariuszowej odwagi, pomysłu na lepszą historię i wyjścia z szablonu. Rezultat ostatecznie jest dość przeciętny, co i tak należy przyjąć pozytywnie, zważywszy na ogrom problemów na planie. A zobaczyć trzeba koniecznie, chociażby po to żeby na własne oczy ujrzeć trasę na Kessel pokonaną „w mniej niż 12 parseków” i przekonać się „kto strzelał pierwszy”.

MOJA OCENA:
5/10

Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie
Reżyseria: Ron Howard
Scenariusz: Lawrence Kasdan, Jon Kasdan
Obsada: Alden Ehrenreich, Woody Harrelson, Emilia Clarke, Donald Glover, Thandie Newton, Paul Bettany i inni
Muzyka: John Powell
Zdjęcia: Bradford Young
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Kraj: USA
Rok produkcji: 2018
Data polskiej premiery: 25 maja 2018

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator
Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.