Recenzja filmu Tamte dni, tamte noce

Uwaga! Niniejsza relacja może zawierać spoilery – szerzej omawiam w niej relację bohaterów, w celu przedstawienia wydźwięku produkcji, dlatego zalecam ostrożność, jeśli nie oglądaliście jeszcze filmu.

Najnowszy film Luci Gadagnino, Tamte dni, tamte noce, z miejsca podbił serca krytyków i widzów, wyrastając na jednego z głównych faworytów do Oscarów. Ekranizacja prozy Andre Acimana to historia rodziny Perlmanów, a szczególnie nastoletniego Elio, dziedziczącego żydowsko-amerykańsko-włoskie korzenie. Bohaterowie spędzają wakacje w pięknej wilii w północnych Włoszech, gdzie odwiedza ich amerykański stypendysta Oliver. Między nim a chłopcem rodzi się uczucie.

Niesamowita jest strona audio-wizualna Call me by your name. Ta idylliczna wręcz otoczka włoskiej krainy, powiew lata widoczny w każdym kadrze rodem z malarstwa akademików i dźwięku szeleszczących nocą drzew, brzęczących owadów. Odwołanie tutaj do działalności głowy rodziny Perlmanów, jego fascynacja rzeźbą w połączeniu z nieustannie odsłoniętym torsem Elio, oddaje też artystyczną fascynację ludzkim, a szczególnie właśnie chłopięcym ciałem, której ulegali najwięksi z Michałem Aniołem na czele. Całość tworzy więc leniwą, kameralną, poetycką wręcz manierę snucia opowieści z erotycznym napięciem unoszącym się w powietrzu.




Warto podkreślić bardzo intrygującą rolę młodego Timothée Chalameta, który mniej więcej od połowy filmu naprawdę zaczyna zdradzać duży aktorski talent, pozwalając widzowi uwierzyć w jego zagubienie i pragnienia, jego trudności, mimo bezstresowego wychowania przez liberalnych rodziców. Czuć też chemię między nim a Hammerem, choć zabrakło mi tu pogłębienia tej relacji przez scenarzystów. Mimo intelektualnej, poetyckiej otoczki domu Perlmanów, artystycznych zapędów Elio i naukowej duszy Olivera, zdaje się że w ich więzi nie ma nic więcej, poza cielesną pożądliwością i fascynacją, zrozumiałą i oczywistą, lecz płytką zarazem.

W rezultacie „głębia” tej relacji wpływa moim zdaniem krzywdząco na wydźwięk filmu, szczególnie jeśli na chłodno przyjrzymy się jej z punktu widzenia nie Elio, głównego bohatera obrazu, lecz właśnie Olivera, który w pewnym sensie po prostu wykorzystuje młodego chłopca. W jednej z ostatnich scen produkcji, doskonale zagranej przez Michaela Stuhlbarga, ojciec Elio ubiera tę relację w piękne słowa. Można się na to nabrać. Ale jeśli faktycznie ta relacja jest wspaniała, to czy trzeba to jeszcze usilnie tłumaczyć widzowi?

Tamte dni, tamte noce to przepięknie wyglądająca pochwała cielesności oraz odwagi w zaspokajaniu swoich potrzeb, zarówno fizycznych jak uczuciowych, jednak nie wynika z tego filmu niestety nic ponadto, przeciwnie – wydźwięk obrazu zdaje się być moralnie wątpliwy. W końcu to cudnie opowiedziany romans między dojrzałym, pozbawionym skrupułów mężczyzną a dorastającym dzieckiem, wszystko na tle cudownej Italii i pod okiem ojca. Płytka opowieść ubrana w śliczne szaty.

MOJA OCENA: 4/10

Tamte dni, tamte noce
Reżyseria: Luca Guadagnino
Scenariusz: James Ivory
Obsada: Armie Hammer, Timothee Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar
Zdjęcia: Sayombhu Mukdeeprom
Gatunek: Melodramat
Kraj: Francja, USA, Włochy
Rok produkcji: 2017
Data premiery: 26 stycznia 2018

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:
 

Damian Drabik Administrator
Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.