Upadek Hyperiona – recenzja książki

Znacie to uczucie, które towarzyszy oglądaniu ostatnich odcinków waszego ulubionego serialu? Kiedy pełni napięcia ekscytujecie się losami bohaterów, z którymi zdążyliście się już zżyć, ale gdzieś z boku dociera do was ten okrutny fakt, że oto zbliża się koniec tej historii. Jeszcze odrzucacie go od siebie, bo to, co dzieje się z bohaterami, jest w tej chwili ważniejsze, ważą się ich losy, ważą się losy świata. A potem niestety ekran wygasa i wtedy boleśnie zdajecie sobie sprawę, że pewna przygoda w waszym życiu się skończyła. Takie właśnie uczucia towarzyszą lekturze Upadku Hyperiona Dana Simmonsa, kapitalnej kontynuacji Hyperiona, która zamyka poruszającą historię pielgrzymów podążających do tak zwanych Grobowców Czasu na spotkanie z potwornym Dzierzbą.

Myślę, że większość z was wie, o czym mówię. Powieść Upadek Hyperiona napisana została bowiem w 1990 roku i nawet na naszym rodzimym rynku wydawana była już kilkukrotnie. Na szczęście ja miałem przyjemność poznać tę historię po raz pierwszy właśnie za sprawą artefaktowej serii wydawnictwa MAG, dzięki temu dopiero teraz przeżywałem to, co wielu czytelników ma już pewnie za sobą.




Upadek Hyperiona zaskakuje już od pierwszych stron. W pierwszej części historia została nagle urwana, ale zdawało się, że wszystkie wątki zostały już odkryte i teraz pozostanie nam jedynie patrzeć na rozwój wydarzeń. Nic z tych rzeczy. W Upadku od razu poznajemy nowego głównego bohatera – Josepha Sverna, będącego drugim wcieleniem Johna Keatsa (pamiętamy, że pierwszy odtworzony Keats spotkał się z detektyw Lamią). Mężczyzna przebywa w pobliżu Meiny Gladstone, w związku z czym tym razem jako czytelnicy bardzo wiele czasu spędzamy w samym centrum dowodzenia Hegemonii. Wojna już się rozpoczęła, Wygnańcy walczą o oddalony Hyperion, a my śledzimy wszystkie posunięcia Gladstone i jej ludzi. Okazuje się jednak, że Sztuczne Inteligencje służące Hegemonii radą zbuntowały się przeciwko ludzkości i zapragnęły jej unicestwienia.

Nie martwcie się jednak, jeśli myślicie, że Simmons zapomniał o naszych pielgrzymach. W dalszym ciągu to oni toczą najważniejszą grę. Zmieniła się natomiast konstrukcja opowieści. Tym razem to wspomniany Joseph Svern jest narratorem, to z nim podążamy w każdy zaułek Hegemonii. W niewytłumaczalny sposób jest on jednak połączony z jaźnią drugiego cybryda Keatsa, który z kolei przebywa na Hyperionie z Brawne Lamią. Za każdym razem, gdy Svern kładzie się spać, śni o pielgrzymach. Dzięki temu dowiadujemy się, co się z nimi dzieje.

Nasi bohaterowie dotarli już do Grobowców Czasu, ale gdy wydaje się, że teraz czeka ich prosta droga na spotkanie z Dzierzbą, wszystko zaczyna się sypać. Znika gdzieś wojownik Kassad, ksiądz Hoyt staje z morderczym potworem twarzą w twarz, poeta Silenus oddala się od towarzyszy, konsul przestaje panować nad sytuacją, a córce uczonego Weintrauba pozostało kilkadziesiąt godzin życia.

W Upadku Hyperiona Simmons potwierdził to, o czym pisałem w recenzji pierwszej części – jako autor genialnie panuje nad ogromem wątków i wykreowanego przez niego świata. Dzieje się tu tak wiele, że czytelnikowi ciężko jest się połapać w zalewie informacji, ale Simmons prowadzi nas jak po sznurku do satysfakcjonującego i kompletnego finału. Rozgrywają się tutaj trzy wielkie bitwy o losy świata. Pierwszą toczą pielgrzymi – każdy z nich sam ze sobą, ze swoim strachem, przeszłością, decyzjami. Druga toczy się pomiędzy Hegemonią a Wygnańcami. Trzecia zaś – nieznana, oddalona – między Najwyższym Intelektem Sztucznych Inteligencji a Bogiem ludzi. Wszystkie rozegrają się w tym samym miejscu.

Dylogia Simmonsa jest wielowymiarowa. Na poziomie samej historii powinna być zrozumiała dla wszystkich czytelników, ale autor zawarł w niej tak wiele odniesień i smaczków związanych z innymi tekstami kultury, historią, mitologią, religiami, że wyłapywanie ich nie tylko dostarcza olbrzymiej radości z lektury, ale także sprawia, że urasta ona wręcz do rangi arcydzieła. Wystarczy przywołać nazwiska poszczególnych bohaterów: Martin Silenus, Brawne Lamia, Leigh Hunt, Meina Gladstone czy Joseph Svern to tylko niektóre z przykładów. Mogą być dla nas jedynie postaciami związanymi z wydarzeniami, o których czytamy, ale jeśli wiemy, kim był Sylen w mitologii greckiej (i jak odniósł się do niego Nietzche w Narodzinach tragedii), jaką rolę pełniła tam Lamia, a kim była Fanny Brawne dla prawdziwego Johna Keatsa, to wszystko zaczyna się pięknie komponować w godną najwyższych pochwał całość. A to zaledwie kropla w morzu odniesień.

Upadek Hyperiona stanowi epickie, poruszające i godne zwieńczenie dylogii. Simmons dokonał czegoś wspaniałego, zbierając w jednej historii tak wiele wątków i motywów, które ostatecznie spinają się sensowną klamrą. I chociaż to science fiction pełną gębą, wypchane treścią po brzegi, to na ostatnich stronach wyłania się przede wszystkim piękna opowieść o wielkiej przyjaźni i poświęceniu. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że to pozycja obowiązkowa dla każdego fana literatury fantastycznej. Jest fantastyczna w każdym calu.

Upadek Hyperiona
Autor: Dan Simmons
Gatunek: Sci-fi
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 4 listopada 2015 

 

Recenzja powstała i została opublikowana na portalu qfant.pl 

 

 http://www.qfant.pl/review/stephen-king-4-po-polnocy/

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator
Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.