Recenzja komiksu „Miotacz śmierci”

– Z wielką mocą wiążę się wielka odpowiedzialność – pamiętamy ten kultowy cytat ze Stana Lee, który wprawdzie oryginalnie związany jest ze Spider-Manem, ale na tyle zakorzenił się w świadomości odbiorców popkultury, że bardzo często utożsamiany jest z kwestią superbohaterów w ogóle. I, oczywiście, wielokrotnie ten motyw odpowiedzialności wywracany był do góry nogami, kiedy w różnych wariantach czy to komiksowych czy dziś już filmowych ta niespodziewana super moc stawała się udziałem kogoś, o kim z trudem można było powiedzieć że jest odpowiedzialny. Ale Daniel Clowes w swoim komiksie Miotacz śmierci idzie jeszcze o krok dalej, bo w jego wersji normalnego chłopaka obdarzonego mocą dostajemy jeszcze cyniczne jak zwykle spojrzenie na współczesne społeczeństwo. Andy to chłopak, który mógłby być też Wilsonem, albo nastolatkami z Ghost World. Chłopak zmagającego się ze swoimi prywatnymi problemami i troskami, najpierw młodzieżowymi, potem jeszcze bardziej poważnymi. Ale przede wszystkim chłopak, który nie ma nikogo, kto mógłby powiedzieć mu wartościowe słowa o odpowiedzialności. Więc rozumie to wszystko po swojemu. I to właściwie taki typ nerda, który właśnie w komiksach mainstreamowych zostaje potem wspaniałym bohaterem. Clowes na taką genezę patrzy jednak dość sceptycznie.




Andy to zwyczajny chłopak dorastający w jednym z amerykańskich miasteczek. Stracił oboje rodziców, więc wychowuje się pod opieką schorowanego dziadka. Tak naprawdę wychowuje się pod okiem opiekunki zajmującej się dziadkiem. No, będąc jeszcze bardziej precyzyjnym, to nie wychowuje się pod niczyją opieką. Nieco zakompleksiony, mało popularny nastolatek, nierzucający się w oczy, prowadzący swoje spokojne życie z dnia na dzień. Przyjaźni się z Louim, który z kolei ma coś do powiedzenia na każdy temat, bywa zadziorny, przez co obrywa też często od innych. I tak sobie żyją we dwóch, czasem pogadają o życiu, czasem o miłości (Andy ma dziewczynę w innym mieście, której nie widział od miesięcy), czasem sobie zajarają.

Pierwsze spotkanie z tytoniem było jednak dla Andy’ego niezwykłe. Najpierw źle się poczuł, a potem odkrył w sobie nadludzką moc. Z czasem okazało się, że tak jak jego ojciec, Andy posiada wyjątkowe zdolności aktywowane tytoniem, dodatkowo ojciec zostawił chłopakowi jakiś super miotacz śmierci, który może sprawić że ktoś zupełnie wyparuje. Tak, Clowes wchodzi w tym momencie na nieco groteskowy grunt, z jednej strony przerabiając najpopularniejsze motywy superbohaterskie, a z drugiej wyraźnie je obśmiewając, jednocześnie przy całej tej absurdalności, charakterystyczna dla twórcy opowieść o dojrzewaniu, inicjacji czy odkrywaniu swojej tożsamości – pozostaje potraktowana śmiertelnie poważnie.

Andy testuje tytułowy miotacz śmierci na wiewiórce, ale okazuje się, że ta potężna broń może pozwolić po cichu likwidować innych. Tego chciałby Loui, który przez chwilę wyobraża sobie siebie i przyjaciela jako jakichś zamaskowanych obrońców sprawiedliwości. Ale ich miasteczko to nie Gotham z komiksów, ani nie Detroit z RoboCopa, to nie tak że na każdym kroku spotyka się mordercę, a zresztą – nawet jeśli ktoś zrobi coś złego, to czy można go tak po prostu wykasować z tego świata?

Główny bohater to zwykły chłopak dorastający bez rodziców, nieposiadający żadnych autorytetów, postać podobna do innych bohaterów Clowesa. Andy w przyszłości to zgorzkniały samotnik po rozwodach, który mógłby być wspomnianym Wilsonem. Autor pozostawia w swoim komiksie gorzką refleksję nad amerykańskich, ale szerzej w ogóle współczesnym, społeczeństwem. Jeśli społeczeństwo produkuje ludzi, którzy z trudem potrafią wziąć odpowiedzialność za własne życie, rodzinę, bliskich, jeśli ktoś nie potrafi utrzymać własnego małżeństwa, to trudno by posiadanie potężnej mocy wyszło mu na dobre. Nawet przy szlachetnych pobudkach.

Pod względem wizualnym to komiks bardzo w stylu Clowesa, jeszcze w charakterze krótkich form składających się na większą całość, a co za tym idzie poszczególne opowiastki rozgrywają się na różnych etapach życia Andy’ego i utrzymane są także w różnym stylu – czasem kadry są monochromatyczne, czasem pełne kolorów, niekiedy Clowes bawi się formą i proponuje gadające głowy, innym razem pozwala sobie na dynamiczną scenę pojedynku.

Miotacz śmierci to kolejna znakomita opowieść w dorobku Daniela Clowesa. Gorzka, ironiczna, miejscami przezabawna z uwagi na swój czarny humor, miejscami bardzo groteskowa i absurdalna. Chociaż wykorzystuje nietypową dla siebie tematykę superbohaterską, wychylając się z undergroundu do mainstreamu, to jednak w swoim stylu Clowes opowiada o tematach, które zwykł poruszać – o dojrzewaniu, o próbie odnalezienia się w świecie, wreszcie o egzystencjalnej pustce, z jaką wielu się zmaga. Posiadanie wielkiej mocy nie pomaga, kiedy nie wiesz, co robić ze swoim życiem.

Miotacz śmierci
Autor: Daniel Clowes
TŁUMACZENIE: Wojciech Góralczyk
Wydawnictwo Kultura gniewu
Data premiery: 2021

 

za egzemplarz do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Kultura Gniewu

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH KOMIKSÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator

Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.