Jak się tu znaleźliśmy? Philip Bunting – recenzja

Czy wiedzieliście, że twórca ogólnej teorii względności, Albert Einstein był przekonany, że Wszechświat nie miał początku? Jak widać, nawet tak światłe umysły czasami błądziły. Swój pierwszy model Wszechświata laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki zbudował w 1917 roku. Były to czasy przed wielkimi odkryciami astronomicznymi, gdy ludzkość nie miała jeszcze dostępu do zdjęć satelitarnych, dużych teleskopów czy wiedzy, jaka wynikała z tych przesłanek. Nie wprowadzono jeszcze pojęć: galaktyka, mgławica, kwazary czy pulsary. Ale my żyjemy w XXI wieku, ponad 100 lat od tamtej chwili. Teraz już nawet kilkuletnie dziecko może w przystępnej formie usłyszeć o początku istnienia, dzięki książce Jak się tu znaleźliśmy.

Philip Bunting nie obrał sobie za cel wyjaśniania wszystkiego. To bardziej wprowadzenie do refleksji na temat naszej genezy, niż kompendium wiedzy dla małego odkrywcy. Rozpoczyna się od Wielkiego Wybuchu, później objaśniono ruch cząsteczek, tworzenie się planet, klimatu, życia, człowieka. Z tej książki młody człowiek być może po raz pierwszy dowie się, że nawet będąc w brzuchu mamy zmieniał się. Pewnie będzie dla niego szokiem, że kiedyś nie miał oczu, uszu czy rąk. Lektura tej książki, właśnie na takich bliskich nam przykładach, wyjaśnia, czym tak naprawdę jest proces ewolucji.

Jak się tu znaleźliśmy oparta jest na silnej kondensacji. Autor do minimum ograniczył tekst, aby wszelkie ewentualne wątpliwości rozjaśniali rodzice. Całe szczęście nie używa trudnych merytorycznie słów, dzięki czemu nie wrzuca opiekunów na miny własnej ignorancji. Niestety każdemu poruszanemu zagadnieniu daje nieco za mało miejsca. Rozpoczyna temat dinozaurów, po czym szybko go ucina, przechodząc do człowieka pierwotnego. Nie próbuje poszerzyć horyzontów np. o informacje na temat różnic w życiu neandertalczyka, a człowieka współczesnego. Nie ułatwia wyobrażenia sobie odległości dzielącej Ziemię i Słońce, nie rozwija sformułowania „początkowo było tu ciepło”, w jakieś bliższe nam skojarzenia, nie analizuje nawet pobieżnie możliwości ewolucji zwierząt (ucina to krótkim od ryb, przez gady do człowieka). Wszystko to sprawia, że  Jak się tu znaleźliśmy będzie idealną książką do pobudzania ciekawości, niekoniecznie sprawdzi się jednak w wyjaśnianiu czegokolwiek. To nie jest książka dla leniwych rodziców, ale takich, którzy z zaangażowaniem spróbują dziecku te wszystkie trudne tematy opowiedzieć.

Autor opatruje swoje dzieło piękną szatą graficzną. Jest barwnie, gdy tysiące cząsteczek ocierają się o siebie, niebiesko, gdy schodzimy do oceanów, a różowo, gdy badamy etapy rozwoju płodu. Kolorystyka zmienia się tu płynnie, podobnie jak poruszana tematyka. Książka jest dynamiczna także dzięki prostemu, lekkiemu, płynnemu, dostosowanemu do wieku odbiorcy tekstowi. Bunting lubi też puszczać oko do czytelnika („Na koniec powstały planety, które oczywiście ciągną do cieplutkiego słońca”). Jeśli miałbym stwierdzić czy warto, bez zastanowienia odpowiedziałbym TAK, nawet bardzo. Tylko warto zapamiętać, że ta książka jest jak bomba – ona nie rozwiązuje wątpliwości, a dopiero je pobudza.

Tytuł: Jak się tu znaleźliśmy?
Twórca: Philip Bunting
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: literatura dla dzieci
Data wydania: 3 grudnia 2019

 

 

 

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Zysk

 

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ: