Terminator 2. Dzień Sądu – recenzja

Gdy w 1984 roku pojawił się film Terminator, nieznanego dotychczas twórcy Jamesa Camerona, nikt nawet nie przypuszczał, jak wielką rolę odegra on w światowej kinematografii. Popularność jaką zyskał wśród widzów i krytyków sprawiła, że kontynuacja przeboju była tylko kwestią czasu. Niestety brak uregulowanych praw do filmu, odłożył produkcję na sześć lat. Dopiero w 1990 roku, gdy prawa nabył Mario Kassar, dano Cameronowi zielone światło i wolna rękę, a czas był wręcz idealny (reżyser potwierdził swoje umiejętności kontynuacją hitu Obcy oraz docenioną Otchłanią). Opłaciło się, a efekt końcowy przeszedł najśmielsze oczekiwania.




Sam koncept drugiej części Terminatora przypominał fabułę pierwowzoru. Z przyszłości znów zostaje wysłany elektroniczny zabójca, który ma zmienić losy świata nie dopuszczając do powstania Ruchu Oporu. Tym razem jednak, w roku 1990, John Connor przyszedł już na świat i jest nastoletnim, zbuntowanym chłopcem. To jego będzie bronił wysłany z przyszłości opiekun – już nie człowiek, lecz maszyna.


Z założenia sequel miał być o wiele lepszy od poprzednika i to jedna z niewielu sytuacji w Hollywood, kiedy faktycznie udało się taki efekt osiągnąć. W dużej mierze to zasługa samego Schwarzeneggera, który przez te sześć lat zdołał wyrobić już sobie markę w branży, a wizerunek niepowstrzymanej maszyny do zabijania, zaprogramowanej by chronić, idealnie do niego pasował. Świetnym pomysłem okazało się uczynienie go teraz postacią pozytywną. Na kolana powalały także same efekty, dzięki którym Cameronowi udało się stworzyć wygenerowany komputerowo czarny charakter. Reżyser miał już doświadczenie na planie Otchłani z podobną, zmieniającą kształty postacią, więc T-1000 był kwintesencją tamtego doświadczenia. Sam scenariusz także był dopracowany do perfekcji, zapewniając ponad dwie godziny czystej i sensownej, pełnej zwrotów akcji fabuły.

Od samego początku wiadomo było, że Schwarzenegger i Hamilton powtórzą swoje role z pierwszej części. Ogromną przemianę przeszła Sarah Connor w porównaniu do pierwszej odsłony, gdzie była młodą, zahukaną kobietą. Tym razem Hamilton nadała jej cech pełnej charyzmy, prawdziwej wojowniczki o przyszłość świata, która nie cofnie się przed niczym, by chronić swojego syna. Można by powiedzieć, że dla Lindy Hamilton była to rola życia, której nie udało się jej już nigdy powtórzyć. Przyznać trzeba, że i terminator okazał się być dla Schwarzeneggera postacią najbardziej kultową w jego dorobku, choć w jego przypadku udało mu się o wiele dłuższy czas utrzymać na powierzchni i zapisać się w historii jako jeden z największych aktorów kina akcji, choć paradoksalnie jego umiejętności aktorskie nigdy nie należały do największych.

Choć w przypadku wyżej wymienionych postaci nie było innej możliwości, to znalezienie aktorów do ról T-1000 i młodego Johna Connora, stanowiło już mały problem. Edward Furlong nigdy wcześniej nie zagrał w filmie i ponoć przypadkiem trafił na plan zdjęciowy. Jak się później okazało, dwunastoletni chłopak z Pasadeny chyba urodził się do tej roli. Młody aktor wyglądał perfekcyjnie i zachwycał swoją naturalnością. Do roli T-1000 zatrudniono całkowite przeciwieństwo umięśnionego Arniego. Robert Patrick prezentował się idealnie. Szczupły, wysportowany, szybki i zwinny, perfekcyjnie nadawał się do roli super nowoczesnego terminatora, który swoim wyglądem znacząco różnił się od starego typu. Sam Patrick wypadł rewelacyjnie, jednak jak w przypadku Hamilton i Furlonga, była to jego życiowa rola, a on sam stał się aktorem jednego filmu.

Ogromną zaletą filmu Camerona są także kapitalne i jak na tamten czas i rewolucyjne efekty specjalne. Największy w tym udział miało studio Industrial Light and Magic oraz Stan Winston, którzy z gry Patricka i grafiki komputerowej powołali do życia śmiercionośnego T-1000. Efekt w tamtym okresie był oszałamiający i wprowadził kino w nową erę efektów komputerowych. Ale nie tylko komputer miał swój udział w sukcesie. Ogromne wrażenie robiły także ujęcia pościgów. Najpierw w kanałach, gdzie T-1000 w ciężarówce gonił uciekającego na motorze Connora. Tu nie doświadczymy żadnych efektów komputerowych, a efekt końcowy jest oszałamiający, bo naturalny. Szczególnie efektownie wypada scena spadającej ciężarówki, a następnie skaczącego na Harleyu T-800. Do historii przeszła także scena nocnego pościgu na autostradzie. Adam Greenberg z ekipą Terminal Island Freeway w Long Beach położyli ponad 16 kilometrów kabli, żeby oświetlić nocną scenę pościgu, w której doszło także do rozbicia prawdziwego helikoptera. Ciekawie prezentowała się również scena otwierająca film. Wojna w przyszłości przerażała i intrygowała zarazem, a scena wybuchu nuklearnego, chodź dzisiaj nie robi już wrażenia, w tamtym czasie uznana została za jedną z najbardziej odpowiadających rzeczywistej zagładzie nuklearnej jaką kiedykolwiek pokazano na ekranie. Długo można by wymieniać zalety twórców efektów specjalnych i komputerowych, ale to właśnie dzięki nim Terminator 2 odniósł taki sukces.

Oczywiście nie można zapomnieć o samym scenariuszu, który był dopracowany do perfekcji. Nagrodzony został Ray Bradbury Award przyznawaną przez Science Fiction and Fanatsy Writers of America. Cameron zawarł w nim wszystkie elementy, których z powodów finansowych nie mógł pokazać w pierwszej części. Ostatecznie musiał jednak skrócić film podczas montażu, co chyba wyszło mu na dobre, gdyż późniejsze wydania reżyserskich wersji trochę niszczyły obraz filmu. Scena z snu Sary, w której Kyle nakazuje jej walczyć jest całkowicie zbędna i irytująca. Podobnie pozostałe sceny, sprawiają, że widz czuje się trochę jak głupiec, któremu trzeba wszystko wykładać na ławę. W oryginalnej wersji wszystko zaś dopracowane jest do perfekcji. Cameron w całą tę pędzącą akcję i nowatorskie efekty wplótł także rozważania nad ludzką egzystencją i moralnymi wyborami. Reżyser zadaje nam pytanie dokąd można się posunąć tworząc nowe rozwiązania i kto bierze odpowiedzialność za swoją pracę. Czy ludzie są z góry zdani na zagładę i czy rzeczywiście samozniszczenie mamy we krwi? Najciekawsza pod tym względem jest jednak końcowa scena, w której T-800 mówi, że rozumie dlaczego ludzie płaczą, ale on nigdy się tego nie nauczy. Tą sceną Cameron daje ludziom nadzieję na lepszą przyszłość, gdyż jeżeli maszyna nauczyła się szanować ludzkie życie, to może przyszłość nie jest stracona.

Terminator 2: Dzień Sądu jest – nie boję się tego powiedzieć – najlepszym filmem rozrywkowym jaki kiedykolwiek powstał. Zachowane są w nim idealne proporcje akcji i rewelacyjnej fabuły pozwalającej na głębsze przemyślenia nad ludzką egzystencja, obleczone w świetne i nowatorskie efekty specjalne, które zapierały dech w piersiach i do dzisiaj robią ogromne wrażenie podczas seansu.

Terminator 2: Dzień Sądu (Terminator 2: Judgment Day); Reżyseria: James Cameron; Scenariusz: James Cameron, William Wisher Jr.; Obsada: Arnold Schwarzenegger, Linda Hamilton, Edward Furlong, Robert Patrick, Earl Boen, Joe Morton i inni; Muzyka: Brad Fiedel; Zdjęcia: Adam Greenberg; Gatunek: Akcja, Sci-fi; Kraj: USA; Rok produkcji: 1991

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Tomasz Drabik Administrator

Radomianin z pochodzenia. Technolog żywności z wykształcenia. Pasjonat dobrego kina, lecz nie gardzi ciekawą książką. Uwielbia Pasikowskiego, Manna i Lehane.