Recenzja 2. sezonu „The End of the F***ing World”

Po dwóch latach na Netflix powraca jeden z serialowych przebojów ramówki, czyli szalony serial The End of the F***ing World. Jest to o tyle zaskakujące, że produkcja sprawiała wrażenie serialu zamkniętego i zakończonego definitywnie po pierwszym sezonie. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę komiksowy pierwowzór Charlesa S. Forsmana, który również definitywnie zakończył historię uciekających przez Anglię dzieciaków – Jamesa i Alyssy. Twórcom serialu to jednak nie przeszkadzało w dopowiedzeniu sobie fabuły.




Ta zaczyna się od zupełnie nowej bohaterki – czarnoskórej Bonnie. Młoda dziewczyna, podobnie jak James i Alyssa, miała trudne dzieciństwo. Porzucona przez ojca i wychowywana przez apodyktyczną matkę, wyrosła na ekscentryczkę. Kiedy zatrudniła się na uczelni, poznała profesora Clive’a, w którym szybko się zakochała. Pamiętacie tego zwyrodnialca? Tak, tak, to ten człowiek z pierwszego sezonu, który znęcał się nad kobietami a ostatecznie zginął z ręki Jamesa. Zakochana w nim Bonnie gotowa była zrobić dla niego wszystko, nawet zabić. Teraz opuszcza więzienie, dowiedziawszy się że jej ukochany nie żyje.

Motyw zemsty Bonnie będzie jednym z dwóch kluczowych aspektów serialu. Drugim, głębszym wątkiem, będzie z kolei próba radzenia sobie ze stresem pourazowym. Podobnie jak w pierwszym sezonie, w którym James nie mogąc poradzić sobie ze śmiercią matki, wycofał się z życia emocjonalnego, stając się po części psychopatą, tak tu w głównej mierze skupiamy się na kondycji Alyssy, która staje się oziębła i zniechęcona. Wyprowadziwszy się z matką do opustoszałego miasteczka, decyduje się wyjść za mąż za nowo poznanego chłopaka, z którą nic ją nie łączy.

Trudno pisać o sezonie drugim serialu, nie unikając spoilerów. Warto jednak podkreślić, że w przeciwieństwie do pierwszej części, która zaczyna się zabawnie i ekscentrycznie, a kończy brutalnie i mrocznie, druga odsłona serialu niejako od początku naznaczona jest przygnębiającym, poważnym nastrojem. Widzowie wiedzą już, o czym tak naprawdę opowiada ta historia, konsekwencje podejmowanych decyzji niemal natychmiast spadają na bohaterów. Jeśli dojrzewanie było dla nich trudne, to dorosłe życie okazuje się być wręcz nieznośne. Samotność, potrzeba miłości i zrozumienia, życie z traumą i depresją. To wszystko wpisane jest w sezon od pierwszego odcinka. 

Jednocześnie mimo tych wszystkich trudnych tematów podejmowanych przez serial, The End of the F***ing World pozostaje produkcją równie sarkastyczną, absurdalną i wywrotową, jak pierwszy sezon. Znów dużo tu czarnego humoru, ostrych jak brzytwa dialogów i szaleństwa. 

Drugi sezon The End of the F***ing World wydawał się zbędny, a jednak twórcy udowadniają, że ta historia faktycznie mogła wymagać dopowiedzenia. Owszem – nie musiała, bo sezon pierwszy pozostaje kompletny, niemniej nie dawał on bohaterom miejsca na refleksję i zmierzenie się z konsekwencjami własnych decyzji. A przecież chociażby Alyssa nie tylko musi stawić czoła traumie i nauczyć się żyć na nowo, ale  i dokonane w jednym z epizodów pierwszej części morderstwo, nie zostaje puszczone płazem. Drugi sezon nie został dopisany na siłę, twórcy naprawdę mają jeszcze coś do powiedzenia.

Powrót do tego świata jest gorzki i nieprzyjemny. Pod przykrywką szalonej, iście tarantinowskiej opowieści, znów autorzy mówią o tłamszeniu emocji, zranieniach, z którymi nie potrafimy sobie poradzić, poczuciu winy, depresji. To nie jest luźna komedia dla nastolatków. Przy drugim sezonie wiemy to już od pierwszego odcinka, dlatego może będziecie patrzeć na tę odsłonę z nieco innym nastawieniem, wiedząc czego się spodziewać. 

The End of the F***ing World; obsada: Alex Lawther, Jessica Barden; muzyka: Graham Coxon; zdjecia: Justin Brown; gatunek: serial; kraj: Wielka Brytania; data premiery: 5 listopada 2019

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH SERIALI? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Filmowy malkontent. W kinie docenia wyrazisty styl. Uwielbia kino Tima Burtona, Guillermo del Toro czy Wesa Andersona.