Recenzja filmu „Ad Astra” z Bradem Pittem

Od piątku na ekranach polskich kin można oglądać film Ad Astra, dzieło na które nieopatrznie mogą wybrać się miłośnicy efektownych widowisk sci-fi, a w zamian otrzymają powolne, wyciszone kino drogi. Prezentowane na Festiwalu w Wenecji dzieło Jamesa Graya, twórcy Zaginionego Miasta Z, to historia astronauty Roya McBride’a, specjalisty w swoim fachu. Niezwykle opanowany, zimny, pozbawiony nieoczekiwanych wybuchów emocji, bez przeszkód przechodzi wszelkie testy psychologiczne. Gdy jednak okazuje się, że Ziemi zagraża niebezpieczeństwo w postaci tajemniczych wyładowań elektrycznych, mężczyzna będzie musiał odbyć daleką podróż, nie tylko w przestrzeń kosmiczną, ale i w głąb siebie.




Okazuje się bowiem, że za jego charakterem kryje się sylwetka ojca – wielkiego astronauty, który przed laty wuryszył w kosmos w poszukiwaniu obcych form życia. Chociaż zaszczepił w synu wytrwałość, etykę pracy i pragnienie gwiazd, jego ambicja udowodnienia, że nie jesteśmy sami we wszechświecie sprawiła, że tak naprawdę pozostawił bliskich. Teraz Roy odkrywa, że być może jego ojciec wciąż żyje gdzieś w dalekich zakątkach naszego Układu Słonecznego.

Zarówno w warstwie treściowej jak i formalnej dzieło Jamesa Graya nawiązuje do wielkich poprzedników. W podróży głównego bohatera, będącej przecież także podróżą „w głąb siebie” odbijają się echa Czasu Apokalipsy, w sięganiu odległych zakątków kosmosu i stawianiu pytań dotyczących istnienia innych cywiliazacji będziemy odkrywać ślady 2001: Odysei Kosmicznej, a wizualnie film będzie przypominał GrawitajęBlade Runner 2049 czy Interstellar, do którego zresztą zdjęcia robił Hoyte Van Hoytema, który jest również operatorem Ad Astry.

W ogóle technicznie dzieło Graya to małe dzieło sztuki. Wspomniane już zdjęcia oraz nienachalna, a jednak wyrazista muzyka Maxa Richtera tworzą miejscami wręcz poetycką całość, co wraz z narracją głównego bohatera i wiszącymi w powietrzu pytaniami daje naprawdę imponujący efekt. Ad Astra wygląda wspaniale, uderza w podniosłe tony i znacznie czulej dotyka widza obrazem i dźwiękiem, aniżeli słowem. 

Chociaż w filmie znajdziemy całkiem ciekawą obsadę drugoplanową, z Tommym Lee Jonesem, Donaldem Sutherlandem czy Liv Tyler na czele, to Ad Astra pozostaje teatrem jednego aktora. To Brad Pitt znajduje się w nieustannym centrum zainteresowania kamery i fabuły, pozostali nie mają tu tak naprawdę praktycznie nic do zagrania. Trzeba jednak przyznać, że Pitt poradził sobie dobrze z niełatwą przecież rolą, szczególnie że musiał grać jedynie twarzą na maksymalnych zbliżeniach. Przy takim rozłożeniu akcentów i ograniczeniu akcji, w dużej mierze to właśnie od Pitta zależało, czy widz w zainteresowaniu będzie śledził historię do końca. 

Moim problemem z filmem Ad Astra jest jednak to, co zostało docenione w nim przez innych recenzentów – mianowicie próba połączenia artystycznych ambicji z kinem mainstreamowym. Próba w moim odczuciu nieudana, stawiająca dzieło Graya w rozkroku pomiędzy filozoficznymi rozważaniami i kameralnym portretem psychologicznym a zbędnymi tak naprawdę scenami akcji, które służyły jedynie temu, by z efektownym zwiastunem trafić do szerszego grona odbiorców. W rezultacie skromne i angażujące kino obrywa miejscami rykoszetem od absurdalnych wręcz pomysłów, jak choćby tego z „lotem na desce przez śmieci Neptuna”. 

Podobnie rzecz się ma z wewnętrznymi monologami głównego bohatera, które tak naprawdę stanowią oś narracji produkcji. Tego typu konwencja pięknie przydaje produkcji pewnej „literackości” i w pewnych miejscach wraz z monumentalnymi wręcz kadrami sprawdza się doskonale, ale jednocześnie nieustanne objaśnianie widzowi stanów emocjonalnych bohatera wywołuje zgrzytanie zębów. Zimny i opanowany Roy nieustannie powtarza, że ma problem z wyrażaniem uczuć, co wynika z noszonej w sercu rany po opuszczeniu przez ojca, ale w rezultacie – choć momentów ukazujących jego opanowanie i wycofanie jest wiele i są wystarczająco zrozumiałe, bohater dodatkowo łopatologicznie tłumaczy wszystko słowami. 

Ad Astra to film, który miłośnicy kina powinni zobaczyć z wielu powodów: dla naprawdę dobrej roli Brada Pitta, z uwagi na mądre przesłanie czy wspaniałą stronę audiowizualną, ale jednocześnie jest to dzieło niespełnione, pozostające gdzieś w rozkroku pomiędzy artyzmem a komercją, miejscami boleśnie męczące, chociażby łopatologicznymi wynurzeniami głównego bohatera. W rezultacie trudno też produkcję Graya jednoznacznie ocenić, bo nie sposób nie pochwalić ambicji i odwagi w próbie wykorzystania popularnego gatunku jako pretekst dla skromnego dramatu z człowiekiem w roli głównej, a zarazem trzeba podkreślić zbytnią dosłowność banalizującą temat. 

Ad Astra; reżyseria: James Gray; scenariusz: James Gray, Ethan Gross; obsada: Brad Pitt, Tommy Lee Jones, Ruth Negga, Donald Sutherland, Liv Tyler i inni; zdjęcia: Hoyte Van Hoytema; muzyka: Max Richter; gatunek: sci-fi; kraj: Brazylia, Chiny, USA; rok produkcji: 2019; data polskiej premiery: 20 września 2019.

ZOBACZ ZESTAWIENIE NAJLEPSZYCH FILMÓW O PODRÓŻACH KOSMICZNYCH

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator

Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.