Kapitan. Robert Schwentke – recenzja

Cofnijmy się w czasie o 59 lat. Dokładnie 4 kwietnia 1960 roku odbyła się premiera Zezowatego szczęścia. Ta filozoficzna powiastka, jak piszą o filmie krytycy, jest jedną z najważniejszych komedii w historii polskiego kina. Już na samym początku dzieła widzimy taką scenę – gdy Jan Piszczyk otrzymuje kartę powołania do szkoły wojskowej w Zegrzu rusza przez zdewastowaną Polskę. Kręte ścieżki losu pchają go do opustoszałych koszar, gdzie znajduje mundur podchorążego. Zakłada go, przygląda się sobie, podziwia. W tej właśnie pozycji zostaje podpatrzony przez niemieckich żołnierzy, którzy wysyłają go do oflagu, mimo że jest cywilem.




W tym samym roku, dokładnie 29 września we Włoszech, debiutuje inny film – Kapo. Ten obraz, wyprodukowany przez nagrodzonego w Wenecji Złotym Lwem reżysera Gillo Pontecorvo (za film Bitwa o Algier), opowiada historię nastoletniej żydówki Edith, która przy udziale życzliwego doktora, uzyskuje pracę obozowego kapo. Nowa funkcja i obowiązki, szybko biorą górę nad wrodzoną wrażliwością. Przemiana Edith z niewinnej nastolatki w jeszcze jeden element machiny wojennej, zapada głęboko w pamięci. Tak właśnie otoczenie potrafiło zmieniać zwykłych ludzi – z uczynnych nastolatków, w bezwzględne tryby nazistowskiej ideologii.

Dlaczego przywołuję tu te dwa dzieła? Wróćmy do czasów współczesnych. W 2017 roku swoją premierę miał czarno-biały niemiecki film Kapitan, wyreżyserowany przez Roberta Schwentke (na co dzień zaangażowanego w produkcję amerykańskich blockbusterów). W jednej z początkowych scen widzimy Herolda (w tej roli Max Hubacher) – niewinnego, delikatnego i zagubionego w okowach wojny szeregowego. Gdy nadarzy się okazja ucieczki z okopów, nie zawaha się ani chwili. Podczas drogi znajduje porzucone auto wojskowe, a w nim mundur hitlerowskiego kapitana. Podobnie jak Bogumił Kobiela w filmie Andrzeja Munka, przywdziewa strój i tak zostaje zauważony przez Freytaga (Milana Peschela), który bierze go za kapitana. Ta scena, stanie się początkiem historii nowego życia Herolda. Życia wypełnionego zawiścią, ciągłą walką i bólem. Brzmi znajomo prawda?

Film Roberta Schwentke inspirowany jest autentyczną postacią Williego Herolda, który zmieniając ubranie, zrekonstruował też swoją tożsamości. Bohater filmu to człowiek bez kontekstów. Nie znamy jego historii, nie wiemy czemu uciekł, kto go szuka, ani dokąd zmierza. Nie poznajemy jego upodobań, marzeń, słabych stron. Nie wiemy nawet dokładnie, co dzieje się wokół niego, w makroskali. Czujemy podskórnie, że nerwy w szeregach niemieckiej armii dotyczą kwestii przegranej wojny, że dezercja dlatego jest tak bezwzględnie karana, bo stała się, w obliczu klęski, bardzo popularna. Reżysera nie interesują więc wielkie wydarzenia, a indywidualne dramaty, które mogą być wiarygodnie ukazane tylko w oderwaniu od dziejów politycznych świata. Wojna jest więc w tym filmie tylko tłem, ale tłem bardzo ważnym, bo dzięki małym znakom powoli odczytujemy kulisy wydarzeń, które potrafią uzasadnić możliwość zaistnienia tak nieprawdopodobnej historii, jak ta. W świecie owładniętym chaosem, istnieje wszak możliwość przypadkowego wzbogacenia się, a co dopiero awansu w hierarchii wojskowej.

Ale tło i konteksty to jedno, a istota dzieła to drugie. Herold, podobnie jak Edith w Kapo, zmienia się nie do poznania. Jego losy są swoistą wiwisekcją ludzkiej podłości i okrucieństwa. Schwentke wnikliwie portretuje człowieka owładniętego manią prześladowania innych i czerpania przyjemności z zadawania krzywdy. Herold nie zna granic, których by nie przekroczył, z lubością nagina zasady człowieczeństwa i jak eksperymentator przygląda się tak wprawionej w ruch machinie zła. Kapitan jest więc opowieścią ze wszech miar uniwersalną, próbą zmierzenia się z tematem ciemnej strony ludzkiej psychiki. Tych wszystkich jej zakamarków, których wolelibyśmy nie znać. Ale można też na ten film spojrzeć jeszcze z innej perspektywy, jako na panoramę ludzkich zachowań, które podtrzymują opresyjny porządek społeczny. Od bezdusznego konformizmu aż po bezwolność i potulność służbową. Są więc tu odważni i ulegli, źli i dobrze, zwycięzcy i przegrywający, honorowi i sprzedajni.

Doskonała jest w tym filmie gra aktorska. Mało ekspresyjna, wręcz bressonowa, ale przy tym niezwykle wymowna. Znaczenie ma tu każdy delikatny ruch twarzy, każde małe drgnięcie oka. Enigmatyczne postaci nie uzewnętrzniają się, nie grają prostymi emocjami. Odkrycie ich wnętrza jest jak znalezienie drogi w skomplikowanym labiryncie ludzkich losów. Idealnie przy tym współgra praca kamery.  Klimatyczne zdjęcia Floriana Ballhausa uwydatniają brud i rozpad rzeczywistości. Jakość kadru przywodzi mi na myśl filmy Pawlikowskiego, a portretowane przedmioty i zdarzenia nadają filmowi niezwykle pesymistyczny klimat okresu wielkiego bestialstwa.

Choć Kapitan nie jest kopią filmów Munka i Pontecorvo, czerpie z nich garściami to, co warte uwagi. Dodaje w tej mieszance także coś od siebie – wyjątkową estetykę i dbałość o dalszy plan. Podoba mi się tu psychologia postaci, głębia przesłania, piękno kadru, wymowne aktorstwo, stylistyczny umiar i zniwelowanie przemocy do koniecznego minimum. Schwentke potrafił stworzyć mrożący krew w żyłach obraz upadku człowieczeństwa w perfekcyjnej szacie wizualnej. To takie kino, które łączy artystyczną wizję z formalną atrakcyjnością. Dobitne, bezkompromisowe, zaangażowane. Tak powinno się kręcić filmy.

Kapitan
Reżyseria: Robert Schwentke
Scenariusz: Robert Schwentke
Obsada: Max Hubacher, Milan Peschel, Frederick Lau, Aleksander Fehling
Zdjęcia: Florian Ballhaus
Gatunek: Dramat, Wojenny
Kraj: Niemcy, Francja, Polska
Rok produkcji: 2017
Data polskiej premiery: 22 marca 2019

 

 

 

Za materiał do recenzji dziękujemy dystrybutorowi Aurora Films:
Aurora

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ: