U brzegów jazzu. Leopold Tyrmand – recenzja

Nastała era technologiczna. Chociaż, jak sugeruje IBM w „Next 5 in 5”, lada moment możemy doświadczyć kolejnego przełomu. Epoka systemów poznawczych, charakteryzować ma się przede wszystkim położeniem podwalin pod następną epokę przetwarzania komputerowego. Powstała w wyniku tej ewolucji nowa generacja maszyn będzie doświadczać świata, uczyć się i przystosowywać na bazie swoich własnych doświadczeń. Tym samym maszyny będą nie tylko za nas myśleć i wykonywać nasze polecenia, ale także uwrażliwiać człowieka, potęgować jego zmysły i emocje. Twórcy opracowania obiecują, że maszyny „pozwolą nam dostrzec prostotę w złożoności i powtarzalne wzorce w chaosie, dotrzymać kroku przyrostowi informacji, podejmować lepsze decyzje, wzbogacić życie i znieść ograniczające nas bariery”. Brzmi pięknie? Dlaczego zatem większość, jeśli nie całość futurystycznych wizji rozwoju ludzkości jest tak przygnębiająca?

Świat się nieustannie zmienia, brnie do przodu nie oglądając się za siebie. Być może właśnie dlatego, współczesnemu pokoleniu coraz trudniej posiąść wiedzę o życiu w Polsce Ludowej. Coraz mniej osób może pochwalić się relacjami z tamtych czasów zasłyszanymi od starszych lub z książek. Wolą włączyć smartfon, uruchomić aplikację z muzyką i zanurzyć się w swoim wirtualnym życiu. Dla takich właśnie osób, kulisy działalności Leopolda Tyrmanda będą totalnie nieczytelne. Bo też obecnie, nie jest problemem propagowanie czegokolwiek, nawet jeśli neguje to wartości religijne czy zrywa z utrwalanym przez stulecia tabu. W tamtych jednak czasach zwykłe słuchanie muzyki albo taniec było godnym odnotowania aktem odwagi. Zorganizowanie skromnej prywatki mogło zakończyć się milicyjnym nalotem. Tak właśnie było z jazzem na początku lat 50-tych (pierwsze wydanie U brzegów jazzu datuje się na 1957 rok), była to muzyka zabroniona przez socjalistyczną propagandę. Wszystkich tych, którzy jej słuchali, grali lub w jakiś inny sposób wyrażali swoją sympatię, spotykały rozmaite, często bardzo dotkliwe nieprzyjemności. Komunizm odrzucił jazz nie tylko jako muzykę, ale także jako styl życia – sposób ubioru, otwartość, improwizację.

Jerzy Pilch w Mieście utrapienia napisał, że „ludzie musieli wtedy śnić z dnia na dzień”. I śnili, przez całe dziesięciolecia, chociaż nie wszyscy. Aktywiście podejmowali się różnych form walki i propagowania odmiennych poglądów. Jednym z nich niewątpliwie był Leopold Tyrmand. To człowiek płynący permanentnie pod prąd swoich czasów. Nawet zakładając kolorowe skarpetki, choć dziś może wydawać się to nieprawdopodobne, demonstrował swój sprzeciw wobec narzuconych z góry wzorców zachowania. Podobnie było ze spychanym na margines jazzem, którego autor Zapisków dyletanta stał się animatorem. Omawiana publikacja przybiera formę eseju o tym, czym był jazz, ale też w szerszej perspektywie o jego trzech płaszczyznach: zjawiska dźwiękowego, stylu muzycznego podlegającego ewolucji oraz  zjawiska społeczno-socjologicznego. Pięknie na tym tle maluje nam Tyrmand bajeczną anegdotę z okresu wojennego, gdy to pewnej wiosennej niedzieli, leżąc w bujnych łęgach portu rzecznego w Moguncji nad Renem, usłyszał „pierwsze dźwięki klarnetowego ataku i już za chwilę Benny Goodman rozwijał swą błyskotliwą orację w ‚Ain’t Misbehavin’”. Porażony niecodziennością tego zdarzenia wszczął rozmowę z przepływającym kajakiem niemieckim żołnierzem, który rozsiewał te anielskie dźwięki po całej okolicy. Tak właśnie przedstawiciele różnych frontów, wspólnie dyskutowali i cieszyli się muzyką tworzoną przez amerykańskiego Żyda, amerykańskiego Murzyna i zamerykanizowanego Polaka. Czysty humanizm w dobie katorżniczych zdarzeń.

U brzegów jazzu jest zbiorem intelektualnie bogatych impresji historycznych śladami rozwoju jazzu. Od pierwotnych zalążków rodzimych pieśni Afrykańczyków, którzy w niewolniczych statkach przenieśli swoją muzyczną duszę na plantacje południowej Ameryki, aż do nowoorleańskich buntowników, traktujących grę jako sposób wyrażenia swoich uczuć we wszechogarniającej społeczeństwo dyskryminacji. Tyrmandowi udaje się odpowiednio ująć i wyrazić głębię jazzu, nie tylko jako stylu muzycznego, ale przede wszystkim jako odpowiedzi na społeczne skrępowanie. Słusznie zauważa także, że najlepszymi artystami byli zazwyczaj ludzie niepełnosprawni, niezdatni do pracy niewolnicy, którzy z braku innych perspektyw chwytali za amatorskie instrumenty i kreowali nowe linie melodyczne. Tymi, często nieokiełznanymi dźwiękami opisywali swój trudny żywot: straconą przyjaźń, zaniechaną ambicję, niedolę, ból po stracie. „Czyż trąbka nowoorleańskiego Murzyna nie byłaby przed Sądem Ostatecznym najlepszym rzecznikiem ludzkiej niedoli?” – to jeden z piękniejszych cytatów, na jakie natknąłem się w książce, wyrażający sedno tego, co Tyrmand Chciał nam przekazać.




Nie wiem dla kogo ta książka będzie odpowiednia. Może dla starszego pokolenia, które w słowach pisarza odnajdzie wspomnienia i zrozumienie dla własnego postępowania. Może dla młodych, którzy buntując się na wszechogarniającą nijakość, zechcą poznać źródła języka jazzu w kontekście historycznym. Może też U brzegów jazzu spodobać się wszystkim tym, którzy cenią sobie mądrość artystyczną i jasny umysł twórcy. Wiele niepewnych i tylko jedna wiadoma – to nie jest leksykon wiedzy o fenomenie muzyki. To zbiór bardzo osobistych przemyśleń, które domagają się permanentnego przypominania i akceptacji, szczególnie w tych szalonych, zrobotyzowanych czasach, gdzie pęd za technologią przysłonił istotę estetyzacji życia.  

U brzegów jazzu
Autor: Leopold Tyrmand
Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Data premiery: 14 listopada 2018

 

 

za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu MG:

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ: