Recenzja filmu „Diabeł: Inkarnacja”

Megan to była policjantka, która dostała pracę w kostnicy przy bostońskim szpitalu. Nocna zmiana zaczyna się jak każda inna – nudna praca polegająca na snuciu się po zakamarkach przerażającej, zimnej budowli, która mniej ma wspólnego z opatrzonymi jasnymi wnętrzami, a więcej z betonową fortecą z nietypowymi środkami bezpieczeństwa. Na miejsce trafiają właśnie zwłoki młodej dziewczyny, Hanny Grace, która miała zginąć w wyniku wyniszczających organizm egzorcyzmów. Noc jak każda inna przerodzi się w prawdziwe piekło, kiedy okaże się, że trup wcale nie będzie grzecznie leżeć w lodówce. Otrzymamy film, którego cała akcja rozegra się kostnicy i jeśli punkt wyjściowy wyraźnie kojarzy wam się z Autopsją Jane Doe, to nie jesteście daleko od prawdy. Tyle że tu twórcy postawili na horror bez cienia oryginalności.




Diabeł: Inkarnacja trwa niewiele ponad godzinę, ale i tak będzie się dłużyć, kiedy okaże się, że przez niemal połowę filmu nic się właściwie nie dzieje. Twórcy, operując najprostszymi chwytami, będą nieudolnie budować napięcie, otwierającymi się drzwiczkami, skrzypieniem, czy ruchami zwłok, które zaniepokoją leniwą Megan, rozważającą swoją tragedię z przeszłości, w wyniku której zginął jej partner. Próba pogłębienia psychologii bohaterki zrealizowana została na kolanie tuż przed startem zdjęć – mamy więc postać bez wyrazu, osobowości i charakteru. Jak Megan radzi sobie z traumą z przeszłości? Oczywiście się upija. Jej zadaniem jest fotografowanie zwłok i ściąganie odcisków palców. Z Hanną, której ciało jest brutalnie poranione, będzie miała bohaterka niemały problem. Na uwagę zasługuje sposób przedstawienia zwłok – niezwykle realistyczny, makabrycznie szczegółowy, skupiający się na rozkładzie, przedstawiający najdrobniejsze żyły, przebarwienia – okej, to robi wrażenie.

Tytułową Hannę Grace poznajemy podczas egzorcyzmu odprawianego na niej przez księdza. To pięć minut wykrzywiania twarzy, wykręcania ciała i dzikich krzyków. I, z uwagi na zaskakujący finał tego procesu, to najlepszy moment całego filmu. Ale nie dowiemy się o tej postaci nic więcej, żadnych szczegółów dotyczących jej życia, przeszłości; w kolejnej scenie grana przez Kirby Johnson postać jest już zmasakrowanym trupem. Próżno tu więc szukać jakiegokolwiek fabularnego punktu zaczepienia, czegoś, co sprawi że scenariusz zaangażuje widza, czy to ze strony rozwiązania tajemnicy demona, czy też z uwagi na przywiązanie do pozytywnej bohaterki. Reszta filmu to już po prostu zabawa w kotka i myszkę na terenie kostnicy. Ożywione zwłoki mordują kolejnych pracowników, o których szkoda nawet wspominać, bo to mięso armatnie. W kostnicy pojawi się jeszcze ojciec Hanny, który – świadom jej opętania – będzie chciał zniszczyć demona raz na zawsze.

To, co oryginalnego w filmie Van Rooijena, to technologia. Sony wydało bowiem na produkcje przysłowiowe grosze, zważywszy na fakt, że nakręcono go aparatem i trzeba przyznać, że efekt końcowy przerósł moje oczekiwania. Na kinowym ekranie obraz wygląda bardzo przyzwoicie, dla mniej wprawnego oka różnica będzie niezauważalna. Jest to jednak ciekawostka, która w żaden sposób nie wpływa na jakość samego filmu.

Najzabawniejsza wydaje się akcja z tytułem, bo zarówno twórcy, jak i polski dystrybutor, zagrali marketingowo mijając się z fabułą. The Possession of Hannah Grace bez cienia subtelności zamieniono na Diabła: Inkarnację, ale nawet w oryginale – wyjąwszy pierwsze pięć minut – film nie ma nic więcej wspólnego z egzorcyzmami, z którymi kojarzą się wszelkie pozycje opatrzone tytułem „possession”.

Grozy tu jak na lekarstwo. Wprawdzie jest tu kilka jump scare’ów a naszą bohaterkę regularnie widzimy w demonicznych pozach, to jednak wszystkie te gatunkowe klisze nie są w stanie zrobić wrażenia na widzu, który ogląda choć kilka horrorów rocznie. Szczególnie że jednak większość filmu to gra z oczekiwaniami widza. Jak wspomniałem, bohaterka właściwie snuje się po budynku z latarką i przeświadczeniem że coś jest nie tak. Niepokojące zdarzenia zrzuca na karb halucynacji. A szkoda, bo potencjał był tu nie tylko w historii, ale i we wspomnianych już pietyzmie w przedstawianiu zwłok czy samym miejscu akcji – nietypowej kostnicy, we wnętrzach której sama gra światłami robiłaby piorunujące wrażenie, gdyby chciano z niej więcej skorzystać.

W 2018 roku mieliśmy zbyt wiele niezłych a nawet dobrych horrorów, by tani straszak z opętaniem w tle, zwrócił na siebie uwagę. Diabeł: Inkarnacja to kino do bólu płytkie, którego twórcy, mimo ciekawego punktu wyjścia, skoncentrowali się tylko i wyłącznie na polowaniu urządzonym przez demona w kostnicy, bez bohaterów, bez pomysłu w straszeniu i choćby cienia oryginalności.

MOJA OCENA:
2/10

Diabeł: Inkarnacja
Reżyseria: Diederik Van Rooijen
Scenariusz: Brian Sieve
Obsada: Shay Mitchell, Grey Damon, Kirby Johnson
Muzyka: John Frizzell
Zdjęcia: Lennert Hillege
Gatunek: Horror
Kraj: USA
Rok produkcji: 2018
Data polskiej premiery: 7 grudnia 2018

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Filmowy malkontent. W kinie docenia wyrazisty styl. Uwielbia kino Tima Burtona, Guillermo del Toro czy Wesa Andersona.