Recenzja „Jurassic World: Upadłe królestwo”

Druga odsłona Jurassic World (a piąta już część w całym uniwersum zapoczątkowanym przez Stevena Spielberga) to ostatnia wielka produkcja, która wkracza do polskich kin przed Mundialem. Filmowo czekać nas będzie krótki sezon ogórkowy (choć z pewnością nie zabraknie innych ciekawych tytułów), więc jeśli po majowych blockbusterach z Hanem Solo i Deadpoolem 2 na czele nadal mało wam bezpretensjonalnej rozrywki, zobaczcie co przygotował J.A. Bayona.

Hiszpański reżyser, znany z Sierocińca czy 7 minut po północy, debiutuje jako twórca wysokobudżetowego kina. I choć raczej nie oddaje w nasze ręce przeboju, o którym będzie się mówić w przerwach między meczami przez całe Mistrzostwa Świata, to radzi sobie całkiem solidnie, a z pewnością lepiej niż Colin Trevorrow przy pierwszej części. Daje znać o sobie doświadczenie hiszpańskiego twórcy, który z miałkiego scenariusza potrafi wycisnąć sporo dobrego.

No właśnie – scenariusz. To oczywiście największa wada produkcji. Skrypt, za który odpowiada reżyser pierwszej części Colin Trevorrow, bywa jeszcze bardziej absurdalny niż poprzednio, a najczęściej zwyczajnie głupi, szczególnie jeśli mowa o decyzjach bohaterów. Ale nie byłoby to problemem, w końcu cała franczyza to jednak miejscami lepsze, miejscami gorsze, ale wciąż b-klasowe moster movies – nawet w ujęciu Spielberga. Największą wadą scenariusza jest po prostu nudna gadanina, którą trudno pochwalić przy tego typu produkcji: zamiast podziwiać w akcji potężne bestie, słuchamy banialuków Jeffa Goldbluma (znane ze zwiastuna) czy Jamesa Cromwella. Wszystko po to, żeby np. odkrywać karty przed kolejnym sequelem.




Akcja filmu rozpoczyna się trzy lata po wydarzeniach znanych z poprzedniej odsłony. Po tym, jak park rozrywki Jurassic World został zniszczony, wyhodowane w nim dinozaury pozostały na wyspie, żyjąc swoim życiem w dżungli bez udziału człowieka. Niestety, grozi im niebezpieczeństwo. Na wyspie bowiem dochodzi do aktywności wulkanu, którego erupcja może doprowadzić do ich ostatecznej i całkowitej. Claire (która zamieni szpilki z wysokim obcasem na porządne buty) i Owen łączą siły, by uratować zwierzęta, m.in. Blue, którego pamiętamy z pierwszej części. W trakcie misji ratunkowej bohaterowie odkrywają jednak spisek, okaże się bowiem że zwierzęta będzie trzeba ratować nie tyle przed wulkanem, co przed zachłannymi ludźmi. Tak, znamy to.

Upadłe Królestwo przynosi najwięcej frajdy, gdy do głosu przychodzi sam Bayona, a skoro nie miał nic do powiedzenia przy scenariuszu i konstrukcji filmu, to doskonale poradził sobie z jego konwencją. Na plus gra tu duża dawka humoru i dobrej zabawy. To ciekawe, że reżyser znany z kina grozy i katastroficznego, w filmie w którym może wykorzystać nabyte doświadczenie, decyduje się wprowadzić dużą ilość rozrywkowych dialogów i wspomnianego humoru. Ale nie dajcie się zwieźć, będzie też groza, szczególnie w trzecim akcie rozgrywającym się w ciemnej atmosferze. Co tu dużo mówić – Bayona świetnie się w tej konwencji odnajduje, z jednej strony składając hołd filmom Spielberga, z drugiej – wpisując się rozrywkowo we współczesny nurt blockbusterów zdominowanych przez filmy Marvela. Nade wszystko pozostaje jednak wierny swojemu stylowi i zamiłowaniom. I ta mieszanka daje tutaj solidny efekt. Pozostaje jedynie żałować, że Bayona miał ograniczoną wolność twórczą, a durnawy scenariusz wyszedł spod ręki Trevorrowa, bo moglibyśmy mieć do czynienia z jeszcze lepszym filmem.

Fajnie prezentują się tu Pratt i Dallas Howard. Ten duet budzi coraz większą sympatię, a Pratt, który bryluje już wyraźnie w uniwersum Marvela, także tutaj błyszczy charyzmą i dowcipem, a gdy trzeba – męstwem. Większą zmianę zauważamy w postaci Claire, która nie jest już tak zimną babką jak przedtem, jest w niej dużo empatii i szacunku dla prehistorycznych bestii, ma też okazję więcej wnosić do samego filmu – tym mocniej będziemy więc kibicować tym dwojgu w ich niebezpiecznej misji. Szczególnie że twórcy zarzucili wątek miłosny między nimi na rzecz w pewnym sensie platonicznej damsko-męskiej przyjaźni. I to jest strzał w dziesiątkę.

Podsumowując – Jurassic World: Upadłe królestwo rozczarowuje, ponieważ stanowi plan wielkiego studia na zbicie kasy, a nie film sam w sobie. Ewidentnie traktowany jest jako środkowy punkt trylogii, wypchany zapowiedziami tego co będzie i odwołaniami do tego, co było, zamiast sam w sobie stanowić udaną rozrywkę. Bzdurny scenariusz, dużo gadaniny – to wszystko umniejsza wartość filmu Bayony. Ale jest wreszcie sam reżyser, który w miejscach, gdzie pozwala mu się przejąć kontrolę nad produkcją, daje sobie radę, świetnie balansując grozę i humor, tworząc trzymające w napięciu widowisko. W tym momentach Jurassic World sprawdza się najlepiej, a duet Pratt-Dallas Howard znakomicie się w tę przygodę wpisuje.

MOJA OCENA:
5/10

Jurassic World: Upadłe królestwo
Reżyseria: J.A. Bayona
Scenariusz: Derek Connolly, Colin Trevorrow
Obsada: Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Jeff Goldblum, James Cromwell, Geraldine Chaplin, BD Wong i inni
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Oscar Faura
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Kraj: Hiszpania, USA
Rok produkcji: 2018
Data polskiej premiery: 8 czerwca 2018

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Filmowy malkontent. W kinie docenia wyrazisty styl. Uwielbia kino Tima Burtona, Guillermo del Toro czy Wesa Andersona.