Predators, reż. Nimród Antal

Po 23 latach od premiery Predatora w reżyserii Johna McTiernana, Robert Rodriguez, znany ze swej przebojowości i kiczowatości, ale przede wszystkim ze współpracy z Quentinem Tarantino, postanowił odświeżyć wizerunek jednego z najbardziej znanych kosmicznych morderców wszech czasów, a przy okazji pewnie też zarobić, bo prawdopodobieństwo, że fani oryginału tłumnie ruszą do kina było spore. Można było mieć obawy, że Rodriguez da się ponieść emocjom i spróbuje zrobić coś utrzymanego w swojej stylistyce: cycki, wypruwane flaki, sztuczne wybuchy, sztuczna krew, sztucznie rozpadające się głowy i mnóstwo innej tandety, która w wielu przypadkach sprawdza się doskonale (sam jestem fanem Machety i Planet Terror), ale Predatora takie rzeczy powinny omijać z daleka.

Na szczęście Rodriguez odsunął się nieco na bok, zajął się produkcją, oddając reżyserię początkującemu amerykańskiemu twórcy, Nimródowi Antalowi. Facet ma na swoim koncie kilka kiepskich hollywoodzkich filmideł i jeden naprawdę świetny węgierski obraz (bo sam jest z pochodzenia Węgrem), Kontrolerzy. Ale to już zupełnie inny rodzaj kina.

Wracając do wątku – obu panom udało się stworzyć naprawdę przyzwoity film, który garściami czerpie z osiągnięć pierwowzoru. Widać, że Rodriguez nie chciał narazić się fanom i zamiast kombinować, jak to było w przypadku totalnie skomercjalizowanych i przeznaczonych dla dzieciaków dwóch części Alien vs. Predator, zdecydował się na powrót do źródeł. Dżungla, twardziele, głośna broń i rozwałka w starym, klasycznym stylu. To zdecydowanie może się podobać. Ponadto twórcy co rusz puszczają oko do widza, umieszczając w filmie kolejne smaczki nawiązujące do dzieła McTiernana, które wyłapuje się z przyjemnością.

Ale w trakcie oglądania nagle zdajemy sobie sprawę, że tego typu aluzji jest całe mnóstwo (ścieżka dźwiękowa, skorpion, usypiacz, błoto itd) i w pewnym momencie zaczynamy mieć tego dość. Bo wygląda to mniej więcej tak, jakby Rodriguez sięgnął po scenariusz oryginalnego Predatora i mocno w nim pomieszał, zmienił lokacje, bohaterów, wywalił wiele rzeczy i wiele dodał od siebie, ale jednak nadal pozostał to ten sam skrypt. Owszem, przesadzam, ale mimo to widząc jak najcichszy z bohaterów odłącza się nagle od uciekającej grupy, by stoczyć pojedynek z kosmitą, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ktoś tu idzie na łatwiznę. Ale swoją drogą, wspomniana scena zdecydowanie ma też wiele wspólnego z Kill Billem, więc miło też dostrzec nawiązania do twórczości Tarantino.

Nie obeszło się bez zbędnego moralizowania, wygłaszania wielkich mądrości o najemnikach, oddaniu i bohaterstwie. I takie pierdoły to jedne z elementów, które Rodriguez dodał od siebie, a które zdecydowanie niszczą wizerunek filmu. W oryginale nie potrzebny był patos i gadanie po próżnicy, wystarczyli twardzi kwadratoszczęcy bohaterowie ze Schwarzeneggerem na czele i kawał porządnej akcji, by w pełni zadowolić widza. Tutaj co prawda też nie ma tragedii, przyznaję, że czepiam się nieco na siłę, ale w kilku momentach pusta gadanina znacznie spowalnia akcję. Bohaterowie też w kilku przypadkach są bezbarwni i wniesieni do filmu tylko po to, aby zginąć efektowną śmiercią. Postaci z oryginału to ludzie, których pamięta się do dziś. Każdy miał jakieś cechy charakterystyczne, albo wpadały w ucho ich żarty, jak te Hawkinsa, albo wystarczyło na nich spojrzeć (Blain, Billy), by wiedzieć, że mamy do czynienia z prawdziwymi twardzielami. Tutaj zaś na pierwszy plan wysuwają się ludzie, którzy są przygłupami lub ofermami w stylu Sama Witwicky z Transformersów. Za to Brody, o którego należało się najbardziej obawiać, daje radę. Arnie to to nie jest, ale dobrze wcielił się w rolę bezkompromisowego ważniaka i myślę, że absolutnie nie ma się do czego przyczepić.

Nie wiem czy Rodriguez tytułując film prosto, ale skutecznie, czyli Predators, chciał nawiązać do Cameronowych Aliens, gdzie po spotkaniu z jednym obcym, Ripley i jej kumple musieli nagle stawić czoła całej chmarze kosmitów, ale zabieg z pewnością się udał. Chociaż filmy Antala i Camerona to dwa zupełnie inne poziomy kina i samo porównanie powinno być już karane. Twórcom nie udało się stworzyć obrazu tak dobrego jak oryginał i do osiągnięcia tego celu zabrakło im bardzo wiele. Wszystko jest tu zwyczajnie słabsze: scenariusz, bohaterowie, aktorstwo, klimat. Ale gdyby jednak nie starać się na siłę zestawiać obok siebie obu produkcji, to trzeba przyznać, że Predators pozostają zgrabnym, solidnym kinem akcji, które świetnie spełnia swą rolę i naprawdę dobrze się to ogląda. Przełknąwszy kilka irytujących elementów, możemy otrzymać kawał przyzwoitego kina, stworzonego w starym, dobrym stylu.

 

Damian Drabik Administrator

Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.