„Małe szczęścia” – recenzja filmu

Kino francuskie to kino odmienne od tego, do czego przyzwyczaiły nas duże kinowe produkcje. Filmy kręcone u naszych zachodnich sąsiadów, stawiają na ambitną treść, zamiast na przerost formy. Znacznie lepiej ogląda się taki seans w zaciszu domowym lub ostatecznie w małym kameralnym kinie. Rok 2020 wygonił nas jednak z kin, co pozwoliło zaistnieć w dużej mierze filmom właśnie bardziej ambitnym. Osobiście mam słabość do francuskich komedii, bo to na jedną z nich poszedłem na randkę z moją żoną. Kiedy więc dowiedziałem się, że będę mógł zrecenzować najnowsze dzieło Daniela CohenaMałe szczęścia, ucieszyłem się niesamowicie. Zapraszam więc do poniższej recenzji.




„Przyjaciel to ktoś, kto rozumie twoją przeszłość, wierzy w twoją przyszłość i akceptuje cię takim, jakim jesteś” – autor nieznany

Jak wcześniej wspominałem, reżyserem filmu jest Daniel Cohen – nie ma ona na swoim koncie zbytniego dorobku artystycznego, więc podchodząc do tego seansu nie miałem specjalnych oczekiwań. No, może liczyłem po prostu na przyjemne kino kanapowe i się nie zawiodłem. Trzeba jednak powiedzieć na wstępie – nie wiem kto skategoryzował ten film jako komedię, ale popełnił ogromny błąd. Małe szczęścia z komedią nie mają prawie nic wspólnego, jest to po prostu perfekcyjnie zrealizowane kino obyczajowe. Ale od początku.

Fabuła rozpoczyna się, kiedy nasza główna bohaterka Lea wraz z przyjaciółmi i partnerem spotykają się w restauracji. Nic nadzwyczajnego – zwykłe spotkanie towarzyskie przy kawie. Jednak wraz z wyborem deseru, wychodzą na wierzch kolejne trawiące towarzystwo problemy. Oto bowiem szara myszka, zdominowana przez swojego partnera, obwieszcza wszystkim, że pisze powieść, a jej warsztat pochwalił jeden z lepszych francuskich twórców. Wszyscy jednak patrzą na te rewelacje z mocnym przymrużeniem oka. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy Lea osiąga sukces i wydaje swoją książkę. Jej najlepsza przyjaciółka stara się umniejszać jej sukcesy, a mąż… powiedzieć, że mu to w niesmak, to za mało. Dotychczas dominujący nad partnerką, grający pierwsze skrzypce i krytykujący na każdym kroku, zostaje zepchnięty w cień swojej towarzyszki życia. Najchętniej podciąłby jej skrzydła, bo przecież nie może być kimś ważniejszym od niego.

„Przyjaźń jest najtrudniejszą rzeczą na świecie do wyjaśnienia. To nie jest coś, czego nauczysz się w szkole. Ale jeśli nie nauczyłeś się znaczenia przyjaźni, tak naprawdę niczego się nie nauczyłeś” – Muhammad Ali

Film stawia nacisk głównie na skomplikowane relacje międzyludzkie, takie jak przyjaźń, zazdrość czy miłość. Cały seans daje nam mocno do myślenia nad relacjami, które sami budujemy w życiu. Otoczeni przez tysiące znajomych w Internecie, na czyje wsparcie moglibyśmy naprawdę liczyć w momencie sukcesu?

 

Jeśli chodzi o aktorstwo Bérénice Bejo znana między innymi z Artysty (2011) wypada w swojej roli dobrze. Idealnie nadaję się roli szarej zagubionej myszki, która sięga po swoje marzenia. Jednak owacja na stojąco należy się tutaj Vincentowi Casselowi, ale to aktor na tyle profesjonalny, że ciężko się dziwić. Wyobraźcie sobie, że postać przez niego zagrana jest tak nie do zniesienia, powoduje tak skrajne uczucia złości i obrzydzenia, że Voldemort wydaję się przy nim przyjemnym gościem z drobną fiksacją na punkcie zamordowania Harry’ego Pottera. Naprawdę, dawno nie odczułem tak dużej antypatii do żadnego bohatera. Ot, mamy mężczyznę, który żeruje na słabości swojej partnerki, dowartościowując się tym, że jest niezdecydowana i według niego nijaka. Nawet kiedy po krótkim rozstaniu wróci do niej, będzie za plecami umniejszał jej sukcesy, aby poczuć się męski. Florence Foresti w roli toksycznej przyjaciółki i François Damiens grający jej męża też spisali się na medal i nie mogę się do niczego przyczepić.

„Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś” – Antoine de Saint-Exupery

Podsumowując, jak już pisałem Małe Szczęścia nie są komedią. Więc jeśli nastawiacie się na seans podobny do Za jakie grzechy dobry boże będziecie mocno rozczarowani. To film, który ma nas zmotywować do przemyślenia relacji, które sami latami budowaliśmy, a także pokazać nam, że każdy może sięgnąć po własne marzenia. Seans trwa godzinę i czterdzieści minut, jednak nie odczuwamy wcale, aby nam się dłużył. Tytułowe małe szczęścia odkrywamy dopiero w finale i choć zakończenie jest optymistyczne, to negatywne emocje, nagromadzone podczas seansu, zostają z nami na dłużej.

8/10

Małe szczęścia. Reżyseria: Daniel Cohen, scenariusz: Daniel Cohen, Olivier Dazat; obsada: Vincent Cassel, Berenice Bejo, Florence Foresti, Francois Damiens; zdjęcia: Stephan Massis; muzyka: Maxime Desprez, Michael Tordjman; gatunek: komedia obyczajowa; kraj: Francja, Belgia; rok produkcji: 2020.

Za materiał do recenzji dziękujemy dystrybutorowi Galapagos Films.Film jest już dostępny na VOD.

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Ulwar Recenzent
follow me