Recenzja filmu „Mank”

Generalnie mam niezbyt dobre zdanie na temat Netfliksa, jako platformy dostarczającej głównie szrot, który ma oferować rozrywkę na jeden wieczór. Ale jeżeli coś dobrego wynika z jej działalności to fakt, że jej włodarze nie muszą zarabiać na konkretnym filmie. To znaczy, że ich zysk pochodzi z subskrybcji i jeśli danej produkcji nie obejrzałby absolutnie nikt, to zysk z danego miesiąca będzie stały, co najwyżej stratę wyniesie koszt wspomnianej produkcji. W rezultacie raz na jakiś czas platforma oddaje w nasze ręce film zrealizowany w autorskiej wolności, nieliczący się ani z obecnymi trendami, ani z oczekiwaniami widzów. Tak było chociażby w przypadku Romy i Irlandczyka, których twórcy, Alfonso Cuaron i Martin Scorsese, mogli stworzyć filmy dokładnie takich chcieli, filmy których prawdopodobnie nie udałoby im się zrealizować dla kina.

Podobnie rzecz ma się z nowym dziełem Davida Finchera, Mankiem, który jest tak bardzo „niefincherowym” filmem jak to tylko możliwe. Reżyser, który słynie z tego że jest znakomitym rzemieślnikiem, doskonale potrafi trzymać widza w napięciu, nawet w przypadku biografii twórcy Facebooka, oddaje w nasze ręce czarno-białą i mocno przegadaną opowieść o losach scenarzysty Obywatala Kane’a, Hermana Mankiewicza.

Ale jeśli spodziewacie się, że będzie to widowiskowa i barwna opowieść o Hollywood tamtego okresu z mnóstwem smaczków dotyczących wspomnianego Obywatela Kane’a i brylującym na ekranie Orsonem Wellesem, to jesteście w błędzie. To znaczy – te wszystkie elementy faktycznie tu są, ale nie tak, jak można by się spodziewać. Welles, ciekawie sportretowany przez Toma Burke’a, pojawia się kilkukrotnie ale stanowi jedynie daleki plan. Gwiazdy Hollywood tamtego okresu przewijają się przez film czasem niezauważone, jak mała Shirley Temple, którą może tak naprawdę dojrzycie, a może nie. Nikt jednak jej (ani innych postaci) specjalnie nie przedstawia. A znajomość Obywatela Kane’a właściwie nie jest potrzebna.

Co innego znajomość autentycznych postaci, na których dzieło Wellesa się wzorowało. Wszystkie z nich, czyli m.in. potentat prasowy William Randolph Hearst i jego kochanka Marion Davies, odgrywają w filmie dość dużą rolę. Obserwujemy ich z perspektywy samego Mankiewicza, świetnie bez dwóch zdań zagranego przez Gary’ego Oldmana. Scenarzysta, pisząc swoje magnum opus, zmaga się z problemem alkoholowym. Odcięty od świata, przywiązany do łóżka z powodu złamanej nogi, wraca pamięcią do swoich licznych spotkań ze wspomnianymi bohaterami, a także do swojej przygody ze studiem MGM. Te retrospekcje pełne są dyskusji z pogranicza polityki, w tle pojawiają się wybory, narastające społeczne niepokoje i echa dochodzącego za Oceanem do władzy Hitlera. 

Mank jest bez wątpienia najmniej rozrywkowym z filmów Finchera, to kino które potrafi solidnie zmęczyć i wymaga sporej znajomości kontekstu nie tylko filmowego, ale także społecznego i politycznego omawianego okresu. W rezultacie łatwo się od tej produkcji odbić. Ozdobą filmu są świetne aktorstwo, przepiękna strona audio-wizualna i zabawa kinem, ale zupełnie nie w stylu Tarantino czy braci Coen. Jest tu mnóstwo smaczków, które wcale nie są podane na tacy. Tak jak cała ta opowieść, którą Fincher snuje na własnych zasadach. I nawet jeśli nie jest to film w pełni udany, to wciąż z uwagi na swój autorski charakter, bije na głowę to co zwyczajowo mają nam do zaoferowania Netflix i kino.




Mank; reżyseria: David Fincher; scenariusz: Jack Fincher; obsada: Gary Oldman, Amanda Seyfried, Lily Collins, Charles Dance, Arliss Howard, Ferdinand Kingsley, Tom Burke, Tom Pelhprey; zdjęcia: Eric Messerschmidt; muzyka: Trent Reznor, Atticus Rosss; gatunek: biografia, dramat; kraj: USA; rok produkcji: 2020.

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

>

Damian Drabik Administrator

Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.