Recenzja filmu „Diabeł wcielony” Netflix

W powojennych realiach małych amerykańskich miasteczek w stanie Ohio Boga na ustach mają wszyscy. Ale to Bóg jakiego każdy z osobna wymyśla sobie sam. I nawet jeśli znajdzie się jakiś pasterz, chociażby w postaci miejscowego pastora, to często są to postaci zdegenerowane do szpiku kości. Wszyscy więc zwą się chrześcijanami, ale jedni urządzają sobie kapliczkę za domem, która wkrótce zamieni się w miejsce mrocznych rytuałów, inni w ekstatycznym natchnieniu rozmawiają z Bogiem, który rzekomo zachęca ich do dokonywania zbrodniczych czynów, wreszcie – nawet ci pozornie szlachetni, Bogiem wycierają sobie całe swoje życie. O jednej z bohaterek narrator mówi, że zanim odkryła Boga, nie potrafiła nawet ugotować jajka, podkreślając jej obecne kulinarne umiejętności. Do tego wypaczonego obrazu Stwórcy dodajmy trudną powojenną rzeczywistość, narastającą korupcję, przemoc, kazirodztwo i otrzymamy skrajny obraz patologii będącej tłem nowego filmu Netflixa – Diabeł wcielony.

To rozciągająca się na dwie dekady saga rodzinna oparta na powieści Donalda Raya Pollocka. Fabuła koncentruje się na losach wielu postaci, m.in. weterana wojennego, który próbuje rozpocząć nowe życie, zmagając się z traumą po dramatycznych wojennych doświadczeniach, demonicznej pary zabójców obierających sobie za ofiary młodych ludzi czy młodego głosiciela Boga, który odkrył w sobie charyzmę do głoszenia Ewangelii (rzecz jasna na swój pokręcony sposób). Na głównego bohatera wyrasta jednak młody Arvin, syn wspomnianego weterana, który wprawdzie ma za sobą tragiczne dzieciństwo, ale próbuje zachować ideały w tym zdegenerowanym świecie. Wkrótce jednak okaże się, że aby pozostać wiernym walce o sprawiedliwość, sam będzie musiał przekraczać kolejne granice.

Diabeł wcielony to film o ogromnych ambicjach, który jednak ugina się pod ich naporem. Nic dziwnego, spróbowano bowiem zmieścić olbrzymią opowieść pełną skomplikowanych bohaterów egzystujących w bogatym w tło historyczne i polityczne świecie, w zaledwie dwóch godzinach produkcji. Siłą rzeczy należało więc skondensować owe tło i losy samych postaci. Trudno oprzeć się zatem wrażeniu, że sam film został przez to znacznie spłycony. Niektórzy bohaterowie pojawiają się tylko na kilka scen, nie zdążymy właściwie na dobre poznać nawet ich motywacji (o jakiejkolwiek próbie ich psychologicznego pogłębienia nie wspominając), a jednak ich losy silnie oddziałują na całą przedstawioną historię. Stoi więc ona na bardzo cienkich nogach.

Ostatecznie więc fabuła sprowadza się do dwóch godzin epatowania wszelkimi przejawami patologii – pedofilią, gwałtami, morderstwami, alkoholizmem, wynaturzeniami. Jednostkom, które mają nieść w tej fabule światło, trudno nawet kibicować, ponieważ także i one zostały spłycone – ich późniejsze czyny wynikające z zemsty i poszukiwania sprawiedliwości, stają się po prostu kolejnymi przykładami potęgującymi ten dołujący klimat. Nie miałem okazji czytać książki stanowiącej pierwowzór tej historii, ale łatwo sobie wyobrazić, że wszyscy bohaterowie i otaczająca ich rzeczywistość zostali nakreśleni znacznie obszerniej, przez co stają się postaciami z krwi i kości, a konsekwencje ich czynów są wyraźniejsze. W rezultacie próba ukazania zła przewijającego się przez daną społeczność i powiązania go z kwestiami religijnymi, historycznymi i politycznymi – ma wiarygodne uzasadnienie. W filmie tego nie odczułem. To raczej festiwal festiwal patologii upchniętych w dwugodzinnym seansie. Przypomina mi to nieco nieudaną adaptację prozy Joanny Bator w filmie Ciemno, prawie noc, którego twórcy w podobny sposób nie potrafili właściwie rozłożyć akcentów. Kto wie, być może kilkuodcinkowy serial byłby w stanie lepiej ukazać założenia twórców.

Szkoda zatem również wyjątkowej obsady, bo reżyser, Antonio Campos, zebrał tu nie lada nazwiska. Cóż z tego jednak, kiedy na przykład Mia Wasikowskia czy Haley Bennett grają w zaledwie kilku scenach, nie mogąc na dobrą sprawę nawet podejść do jakiegokolwiek budowania postaci. Także Pattinson czy Melling dostają zbyt mało czasu, szczególnie że ich bohaterowie są jednak dla fabuły bardzo ważni, a z uwagi na charakter tych postaci, występy aktorów są zbyt przerysowane i groteskowe. Owszem, należy tu pochwalić samego Toma Hollanda czy Billa Skarsgarda, ale tylko dlatego że otrzymują po prostu więcej czasu. Ich bohaterowie nabierają znaczenia. Ale nawet tu pozostaje wiele braków, które chciałoby się widzieć rozwiniętymi, jak choćby więcej niż tylko pobieżnie dotkniętej relacji ojciec-syn.




Diabeł wcielony to ciężkostrawna, wielowątkowa saga rodzinna, rozgrywająca się na amerykańskiej prowincji tuż po II wojnie światowej. To kino zbyt dużych ambicji jak na dwugodzinną produkcję, próbujące zmieścić dramatyczne losy wielu bohaterów w bardzo skondensowanej formie. Dominujące w fabule wszechobecne zło przybiera karykaturalne wręcz rozmiary, nie daje widzom wytchnienia, epatując różnymi formami patologii. Spłycone do granic, poucinane wręcz, losy postaci przestają mieć większe znaczenie w tym mrocznym dramacie, dla którego ukazywanie tych patologii okazuje się być ważniejsze od poszukiwania nadziei w zepsutym świecie.

Diabeł wcielony. Reżyseria: Antonio Campos; scenariusz: Antonio Campos, Paulo Campos; obsada: Tom Holland, Bill Skarsgard, Mia Wasikowska, Robert Pattinson, Haley Bennett, Riley Keoguh, Sebastian Stan, Jason Clarke, Harry Melling; zdjęcia: Lol Crawley; gatunek: dramat, thriller; kraj USA; rok produkcji: 2020.

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator

Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.