Sen wioski Ding. Yan Lianke – recenzja

Yan Lianke znany jest w Chinach, jako pisarz idący pod prąd politycznemu uciskowi. Nie może dziwić, że Sen wioski Ding, podobnie jak inna powieść autora, zostały swego czasu wycofane z rynku wydawniczego przez cenzurę. Nie może dziwić, ponieważ recenzowana pozycja jest jedną wielką alegorią współczesnego zniewolenia, które jednocześnie znacząco zawęża możliwości interpretacyjne dzieła (zawęża, ale nie ogranicza ich całkowicie!). W przeciwieństwie do działalności literackiej innego wielkiego Chińczyka – Mo Yana, którego dzieła cechują się symboliką otwartą na szersze konteksty, prace Yan Lianke koncentrują się na niewielu tematach i to wokół nich budują emocjonalne tło.

W pierwszym rozdziale Yan przywołuje sny faraona opisanie w Księdze Rodzaju. Stanowią one zapowiedź tego, co później przeczytamy na kartach samej książki. Owe siedem tłustych, pięknych krów, pożarte przez siedem bardzo chudych i brzydkich, a także siedem grubych, dojrzałych kłosów połkniętych przez siedem kłosów cienkich i suchych, przetransformowane są w książce na czasy chwały i pożogi dla jednego z chińskich miasteczek, tytułowego Ding. W przeciwieństwie do biblijnej przypowieści, tu zabraknie mądrego Józefa, a zajmujący jego miejsce Ding Shuiyang, nie będzie w stanie sprostać oczekiwaniom lokalnej społeczności.

Akcja książki osadzona została w prowincji Henan, w okresie panowanie epidemii AIDS. Sama choroba, a właściwie sposób jej rozprzestrzeniania, stanowił pod wieloma względami przełom dla chińskiego społeczeństwa w zakresie interakcji z organem państwowym. Ustanowione przez urzędników publicznych, a dalej realizowane także przez prywatnych przedsiębiorców – pobieranie i sprzedawanie krwi, stało się zalążkiem wielkiej epidemii, która w efekcie doprowadziła do wymierania całych wiosek. Powszechna praktyka wielokrotnego używania igieł oraz pobierania większej niż dozwolona ilości krwi, nie były w tych czasach w żaden sposób kontrolowane. Yan był pierwszym pisarzem zainteresowanym tym tematem. Sam proces pozyskiwania danych do napisania tej książki trwał wiele lat. Pisarz rozmyślnie opuszcza znane mu historie o zbieraniu krwi w plastikowe opakowania po sosie sojowym czy worki na ocet, o płukaniu zużytych toreb w basenie i wielu innych. Nie chce nasz szokować ponad miarę. Z tego też powodu postanowił pominąć swoją pierwotną fikcyjną koncepcję wyimaginowanego kraju powiązanego z resztą świata za pomocą rurociągu krwi, przez który lokalni urzędnicy przepuszczają hektolitry krwi, aby w rezultacie osiągnąć upragniony cel, czyli wzrost kraju do rangi światowej potęgi (co jest urzeczywistnione w pierwszym śnie dziadka). Te kompresje nie powinny być postrzegane wyłącznie przez pryzmat autocenzury, ale także jako poszukiwania odpowiedniej formy dla przekazania tego, co autorowi leży na sercu najbardziej – walki o lepsze jutro dla mieszkańców Chin. I w tym między innymi upatruję jakości tej prozy, że mimo fantastycznych, czy momentami nawet surrealistycznych, elementów i podtekstów, nigdy na wierzch nie wychodzi sensacja, a pierwszeństwo zawsze dostają ludzie.

Sen wioski Ding jest niepokojącą kroniką umierania jednej z wiosek spowodowanego rozprzestrzeniającą się gorączką. Powieść skupia się na losach trzech pokoleń rodziny: poważanym przez społeczność lokalną dziadku – samozwańczym profesorze wiejskiej szkoły, starszym synu Ding Huiu, biznesmanie parającym się handlem krwią i wreszcie dwunastoletnim synu otrutym pomidorem przez mieszkańców wioski DIng. Ich dzieje rozpoczynają się na dziesięć lat przed początkiem wydarzeń opisanych w książce, gdy Ding Shuiyang, namawiany przez pracownika administracji powiatowej, przekonuje mieszkańców do przerzucenia się z tradycyjnej uprawy, na sprzedaż krwi. W symbolicznej scenie prowadzi ich nad błotniste źródło Żółtej Rzeki (niezwykle ważnej w kulturze chińskiej), i tam wykopując dziurę udowadnia im, że woda, podobnie jak krew nigdy się nie kończy. Można czerpać ile się chce, a ono dalej będzie się odnawiać.




To właśnie wtedy wybuchnie szał oddawania krwi, a jednym z pionierów będzie syn Ding Shuiyanga. Główna akcja książki osadzona jest w kilka lat po tych wydarzeniach, gdy do wsi zaczynają już napływać pierwsze objawy choroby. To wtedy, w odwecie za zarażenie setek osób, zamordowany zostaje syn Ding Huia, a mieszkańcy nad którymi wisi wyrok, przenoszą się do szkoły, gdzie organizują autonomiczną społeczność. Sami sobie gotują, spędzają czas wolny, sami też dążą do samozagłady. Mimo że stoją nad grobem, zaczynają kraść jedzenie, cenne przedmioty, a nawet insygnia władzy. Dwóch z nich, wyjątkowo spragnionych panowania, chce stworzyć nową hierarchię społeczną, na której czele staną oni sami. Szantażując dziadka Ding, ogłaszają nowe postulaty i wydają coraz bardziej kuriozalne zarządzenia, które ostatecznie doprowadzą do rozebrania całej szkoły, a także pozbawienia wsi drzew. To w procesie formowania tej utopijnej społeczność pisarz zawarł największą krytykę panującego ustroju politycznego kraju. Ustroju opartego na sile i strachu, na braku pomocy, instytucji medycznych, także na całkowitym poddaniu się ze strony ludzi. Opresyjność książki rozkręca się powoli, aby ostatecznie osiągnąć niewiarygodne rozmiary. I to rzecz jasna dzięki samym ludziom i głęboko w nich zakorzenionej egocentrycznej nienawiści. Wielu z bohaterów książki jest całkowicie wyzbyta skrupułów – jest chory mężczyzna próbujący uprawiać seks ze swoją żoną, aby ta nie mogła ponownie wyjść za mąż po jego śmierci. Jest młoda kobieta okłamująca swoich przyszłych teściów, chcąc maksymalnie pospieszyć ceremonię, zanim objawy choroby staną się widoczne. Dochodzi nawet do tego, że dwaj samozwańczy przywódcy nie wyobrażają sobie życia bez pieczęci władzy, a jeden z nich po śmierci żąda pochowania go wraz z tym atrybutem, aby mógł nadal mieć władzę w życiu pozagrobowym. Są też i problemy, które potęgują ludzkie przywary. W Ding brakuje trumien, pojawiają się zatem osoby handlujące nimi. Znajduje się popyt na usługi kojarzenia zmarłych w związki i urządzania im wesel. W tym wszystkim prym wiedzie oczywiście zazdrość o to, kto pochowa bliskiego w najlepszej trumnie, albo któremu zmarłemu przypadnie w udziale również już zmarła córka starosty. W tym mrocznym krajobrazie, pełnym bólu, cierpienia i braku nadziei, tylko śmierć oferuje ulgę. Prawdziwe piekło przewidziane jest dla tych, którzy zainfekowani muszą żyć nadal. Chociaż są i przebłyski miłości – jak chociażby para kochanków łącząca się tuż przed śmiercią, czy mąż, który dawniej obiecał żonie w prezencie czerwoną kurtkę, i teraz, stojąc już nad grobem, stara się ją uzyskać za wszelką cenę.

Przedstawiony przeze mnie zarys fabuły stanowi wyłącznie zewnętrzną powłoką powieści. Jak sugeruje sam tytuł, książka porusza się między trudnymi realiami, a sennymi marzeniami dziadka. Znaczenie  tych snów podkreśla biblijny epigraf, o którym już pisałem. Te sny rozwiewają także wiele wątpliwości odnośnie udziału Ding Huia, w skali tragedii jaka dopadła wioskę. Wyznaczają ramy rodzinnych relacji, dynamicznie zmieniających się pod wpływem kolejnych biznesów syna. Ostatecznie doprowadzą także do całkowitego spustoszenia. Pełnią więc rolę punktów odniesienia i uzupełnienia, nadania przedstawionym wydarzeniom kolejnych wymiarów.

Yan Lianke zdecydował się na tyleż ciekawy, co kontrowersyjny proces narracji. Smutek i niedopowiedzenia, tak adekwatne dla pisarstwa Camusa, mieszają się tu z wątpliwościami co do postaci samego narratora. Jest nim dwunastoletni, otruty syn Ding Huia. Nie ma wątpliwości, że chiński pisarz chciał oddać głos jedynej niewinnej osobie tych zdarzeń. Historia, w której najważniejsze jest ukazanie wewnętrznych światów ludzi zachowujących się zgodnie z ich najgłębszymi, najbardziej tajemnymi pragnieniami, musi w sobie mieć element nieprzewidywalności. A uwierzyć w to można tylko wtedy, gdy opowiada nam historię głos krystalicznie czysty. Jest jednak tu pewna pułapka, z której być może lepiej nawet nie zdawać sobie sprawy. Chodzi mi o zasób wiedzy, o doświadczenie życiowe, a także o język jakim posługuje się nastoletni chłopiec. Daleko odbiega on od tego, co faktycznie reprezentują osoby w tym wieku. Jego literackość, rozumienie świata dorosłych, sposób opisywania zmieniającej się natury mogą budzić spore wątpliwości. Ostatecznie czytelnik musi przyjąć za dobrą monetę śmiałe intencje pisarza, który z jednej strony chciał klarownie przekazać nam mroczną historię, z drugiej nie chciał jej pozbawiać literackiego blasku. Czy przeszkadza to w lekturze? Mi niekoniecznie. Ale niech każdy oceni sam. Bo po książkę naprawdę warto sięgnąć.

Sen wioski Ding
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Gatunek: literatura piękna
Data wydania: 13 maja 2019 r.

 

 

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy PAŃSTWOWEMU INSTYTUTOWI WYDAWNICZEMU

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ: