Lady Gaga nie do poznania! Recenzja filmu „Narodziny Gwiazdy”

Długą drogę przeszedł Bradley Cooper od ról amantów w komediach romantycznych do trzykrotnie nominowanego do Oscara aktora z najwyższej, hollywoodzkiej półki. Ale w Narodzinach gwiazdy i tak przyćmiewa go Lady Gaga.




Ta historia sięga roku 1937, kiedy po raz pierwszy na ekranach kin pojawił się film Narodziny gwiazdy. Historia gasnącego aktora, który pomaga osiągnąć sławę młodej i diabelnie utalentowanej artystce tak bardzo spodobała się widzom, że doczekała się kilku remake’ów, a że jest to fabuła w pełni uniwersalna, to sprawdziła się i w latach 70., i sprawdzi się teraz. Nie przeszkodzi jej też podmiana Hollywood na rynek muzyczny. Początkowo do realizacji odświeżonej wersji filmu przymierzani byli Clint Eastwood i Beyonce, ale w międzyczasie tego pierwszego na stołku reżysera przed kamerą zastąpił Bradley Cooper, a rolę tytułowej gwiazdy przyznano kontrowersyjnej Lady Gadze.

 

Niesamowita przemiana

I trzeba przyznać, że piosenkarka radzi sobie zaskakująco wręcz dobrze. Wprawdzie nie jest to jej pierwszy ekranowy występ, z racji swojego statusu zapraszano ją do epizodów w różnych produkcjach, a za występ w serialu American Horror Story otrzymała nawet Złoty Glob (sic!), ale teraz naprawdę podbije serca widzów. Dość powiedzieć, że od pierwszych minut zapomnicie zupełnie że macie przed oczyma tę celebrytkę w ostrym makijażu. Ujrzycie skromną, naturalną dziewczynę, której z Lady Gagi pozostał jedynie kapitalny wokal. Wciela się ona rolę nieśmiałej piosenkarki Ally, której marzenia o wielkiej karierze pogrzebały docinki ze strony producentów dotyczące jej wyglądu, a w szczególności nosa. Pomiędzy pracą występuje więc w lokalnym drag barze, gdzie przypadkiem wypatruje ją Jackson Main, gwiazdor muzyki country, którego kariera powoli zmierza do końca.

Fabularnie żadnych fajerwerków nie oczekujcie, łatwo się domyślić dalszych losów naszych bohaterów i twórcy raczej nie stawiają tu na fabularną oryginalność czy przełamanie konwencji. On dostrzeże jej potencjał i zaprosi do współpracy, ona rozwinie skrzydła i zyska olbrzymią sławę, a na dodatek połączy ich płomienny romans. Bajka będzie trwała do momentu, gdy Main zda sobie sprawę, że jego czas w tym biznesie dobiegł końca.

Nie są to jedyne wady nowych Narodzin gwiazdy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że film został mocno pocięty na stole montażowym. Historia poprowadzona jest zbyt pośpiesznie, właściwie przeskakujemy od jednego epizodu do drugiego, od występu do występu, droga Ally do mainstreamu jest łatwa i szybka. Dopóki więcej jest rozmów między bohaterami, odkrywania siebie nawzajem, jest bardzo dobrze, ale gdy w drugiej połowie filmu obserwujemy już karierę Ally, która wyrzeka się artyzmu na rzecz popkulturowej papki, nie budzi to już większych emocji. Jest więc w tej fabule pewna skrótowość i naiwność – ta druga będzie widoczna m.in. w banalnym podejściu do alkoholizmu Maina. Bardziej disneyowska bajka niż pełnokrwiste dramaturgicznie kino.

Muzyczne widowisko

Dlaczego więc tę historię, którą widzieliśmy już milion razy, ogląda się tak dobrze? Przede wszystkim dzięki aktorskim kreacjom. Bradley Cooper jest niezły, radzi sobie zarówno z partiami muzycznymi, jak i aktorskimi, bezproblemowo oddaje upadek swojego bohatera i pogrążenie w nałogu, ale raczej nic wyróżniającego się w tej roli nie ma. Więcej daje z siebie Gaga, której bohaterka choć nieśmiała i zakompleksiona, pełna jest charyzmy – tu krzyknie, tam przywali facetowi w twarz i nie da sobie wejść na głowę. Między nimi czuć chemię, więc spokojnie w tę relację uwierzycie i będziecie im kibicować. A oboje zjada na śniadanie Sam Elliot, który w krótkim czasie ekranowym kreśli bodaj najbardziej dramatyczną postać.

Dwa to sama realizacja. Udźwiękowienie, zdjęcia, świetnie przedstawione momenty koncertowe i wreszcie same piosenki, które mogą trochę namieszać w oscarowym zestawieniu, a które z pewnością będziecie później odtwarzać na Youtube. Twórcy odwalili kawał dobrej roboty, oddając widzom muzyczne show pełną gębą.

Reżyserski debiut Bradleya Coopera przełomem w jego karierze nie będzie. Skłamałbym twierdząc że jego Narodziny gwiazdy to wielkie, angażujące dramaturgicznie kino.  Fabularnie jest to raczej wtórna historia, miejscami naiwna i pozbawiona właściwego tempa. Ale i tak jestem pewien że ją pokochacie, bo ta uniwersalna opowieść po prostu zawsze działa. Muzycznie to prawdziwa perełka, piosenki zawrócą wam w głowie, a jakby tego było mało to reszty dopełni love story z Lady Gagą, która aktorsko radzi sobie lepiej niż przyzwoicie.

MOJA OCENA:
5/10

Narodziny gwiazdy
Reżyseria: Bradley cooper
Scenariusz: Will Fetters, Bradley Cooper
Obsada: Lady Gaga, Bradley Cooper, Sam Elliott, Dave Chappelle, Anthony Ramos i inni
Zdjęcia: Matthew Libatique
Gatunek: Dramat, Muzyczny
Kraj: USA
Rok produkcji: 2018
Data polskiej premiery: 30 listopada 2018

 

 

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI NAJNOWSZYCH FILMÓW? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Filmowy malkontent. W kinie docenia wyrazisty styl. Uwielbia kino Tima Burtona, Guillermo del Toro czy Wesa Andersona.