Powrót na Hyperion. Recenzja „Endymiona” Dana Simmonsa

2,5 roku fani prozy Dana Simmonsa i jego kultowej dylogii Hyperion/Upadek Hyperiona musieli czekać na jej kontynuację w ramach jednej z najlepszych fantastycznych serii na polskim rynku – Artefaktów Wydawnictwa Mag. Co prawda Endymion był już wydany przez warszawskie wydawnictwo w innym, równie pięknym i ilustrowanym wydaniu, niemniej Artefakty jako cykl stanowią odrębna wartość. Dla mnie osobiście spotkanie z twórczością Simmonsa zaczęło się właśnie w ramach tej serii, dlatego oczekiwanie na dalsze ulubionych bohaterów było tym bardziej emocjonujące.

W Endymionie jednak z większością tych postaci się już nie spotkamy, bowiem poprzednia dylogia stanowi w pewnym sensie zamkniętą całość. Akcja książki toczy się setki lat po upadku Hegemonii i dramatycznych wydarzeniach, które rozegrały się przy Grobowcach Czasu. Kto wie, czy ta historia wydarzyła się naprawdę? W końcu w okresie czasu, w którym rozgrywa się akcja Endymiona, ta opowieść znana jest tylko z grafomańskiego poematu spisanego przez szalonego artystę – Martina Silenusa. Nie każdy miał okazję go czytać, szczególnie że Kościół umieścił tekst na indeksie książek zakazanych.




Tak, Kościół. Po upadku Hegemonii rozwój szeroko pojętego świata się cofnął. Portale zostały zamknięte, więc podróże międzygwiezdne wiążą się teraz z olbrzymim długiem czasowym. Przeciętni mieszkańcy danej planety raczej jej nie opuszczają. Nie istnieje również sieć, w związku z czym utrudniona jest także komunikacja. Do władzy doszli właśnie przedstawiciele Kościoła i to oni stanowią teraz potęgę. Wszystko za sprawą krzyżokształtów, które udało im się zebrać w całości. Zapewniają one wyznawcom Chrystusa zmartwychwstanie. Zmartwychwstanie tu, w tym świecie. Do życia powołana została paxowska inkwizycja zarządzana przez papieża. Ich celem jest przekonywanie ludzi do nawrócenia i przyjęcia krzyżokształtu. Nawet dotychczasowi katolicy muszą przejść kolejną konwersję.

O przyjęciu krzyżokształtu nie chce słyszeć Raul Endymion, który właśnie został skazany na śmierć za zabójstwo w obronie własnej. Niespodziewanie z opresji ratuje go podstarzały dziwak, który w zamian za uratowanie życia, oczekuje od Raula przysługi. Dość absurdalnej, trzeba dodać. Endymion miałby bowiem udać się do Grobowców Czasu, które zna jedynie z legend, i przechwycić pewną dziewczynkę imieniem Enea, która o określonej porze wyłoni się z przeszłości. W tym samym czasie na córkę znanych z Upadku Hyperiona Brawne Lamii i persony Johna Keatsa będą polować zastęp armii Paxu pod dowództwem ojca de Soyi.

Akcja tej powieści sprowadza się ostatecznie do pościgu. Z jednej strony mamy uciekających Eneę, Endymiona i ich towarzysza, androida Bettika, z drugiej – jezuitę de Soyię, który z polecenia papieża ma za zadanie przechwycić dziewczynkę. Uważa się bowiem, że jest ona zdolna zagrozić Kościołowi. Jezuita kieruje się dobrym sercem, nie chce krzywdzić dziewczynki, ale jednocześnie wie, że musi służyć Chrystusowi a zarazem Jego pośrednikom. Wątpliwości musi więc odrzucić na bok.

Trzeba przyznać, że Endymion to powieść drastycznie inna niż jej poprzedniczki. To dobrze, bo Simmons nie pozwala się nudzić (nawet w obrębie dylogii zmieniał rodzaj narracji i dynamikę historii). Tutaj akcja przebiega dwutorowo, raz ukazując ją z punktu widzenia tytułowego Endymiona, raz wspomnianego de Soyi. Obaj kierują się dobrymi pobudkami i obaj nie mają tak naprawdę pojęcia, w czym uczestniczą. Z drugiej jednak strony nie ulega wątpliwości że powieść po prostu nie ma takiego ciężaru emocjonalnego jak poprzedniczki. To troszkę tak jak oglądanie filmowego Hobbita dziesięć lat po Władcy Pierścieni. To niby ten świat i świetnie poznawać jego (w tym wypadku dalsze) losy, ale to już zupełnie inny rozmach – bardziej kameralny, pozbawiony tego epickiej mocy.

To zaleta i minus jednocześnie. Pozytywne jest to, że jak wspomniałem, cykl ewoluuje, każda odsłona jest inna i dla czytelnika to zawsze zaskoczenie. Ponadto bardziej kameralna historia (mimo że ciągle chodzi tu o losy świata) wydaje się mieć logiczną przyczynę, w końcu świat utracił dawny rozmach po upadku Hegemonii, nie sposób obejmować go już w całości jak przedtem, Simmons ogranicza więc jego wizję tylko do samych bohaterów.

Naturalną konsekwencją jest jednak to, że sama historia nie dostarcza już tak wielkich emocji i nie jest tak angażująca, jak poprzedniczki. Bardziej mamy tu do czynienia z przygodą, nieustającą ucieczką, podczas której bohaterowie przeżywają dramatyczne chwile, odkrywają nowe światy i zbliżają się do siebie. Mniej tu rasowego science-fiction z naciskiem na „science”, które było domeną Hyperiona.

Endymion Dana Simmonsa to doskonała rozrywka i udana kontynuacja dylogii Hyperion. To zupełnie inna powieść od poprzedniczek, zrealizowana z mniejszych rozmachem, kameralna i nastawiona bardziej na aspekt przygodowy niż naukowy. Miłośnikom poprzedniej historii może być ciężko początkowo wejść w tę opowieść, lekkie rozczarowanie minie jednak, gdy przyzwyczaimy się do nowej konwencji i docenimy starania autora, by nie stać w miejscu. A losy świata nie zostały jeszcze przesądzone. Nas, czytelników, czeka jeszcze zwieńczenie tej historii.

Endymion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Gatunek: Science Fiction
Cykl: Hyperion, tom. 3
Seria: Artefakty
Wydawnictwo: Mag
Data premiery: 31 stycznia 2018

 

 

Za materiał do recenzji dziękujemy Wydawnictwu MAG

 

http://www.mag.com.pl/

 

CHCESZ WIĘCEJ CIEKAWYCH RECENZJI KSIĄŻEK? POLUB TĘ STRONĘ:

 

Damian Drabik Administrator
Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.